Camino de Santiago – krotki tekst o pielgrzymowaniu

Koniec roku to odpowiedni czas na dokończenie zaległych spraw.Jedna z takich rzeczy które kiedyś zacząłem i zostały zawieszone jest Camino. Obiecałem coś napisać, obiecalem filmik, i do tej pory… nic! Gienio już pewnie zrezygnował, bo nawet nie pyta o filmik;) Ale wygląda na to, że słowa  dotrzymam jeszcze w tym roku.  Od naszej wędrówki do Santiago de Compostela minęło już ponad pół roku, najwyższy więc  czas aby opisać nasze doświadczenia z Camino, zwłaszcza, że do dokończenia  tego tekstu zbieram się już ponad cztery miesiące. A więc nadeszła pora aby opowiedzieć tą  historię w całości.

IMG_0250

Muszla – znak pielgrzyma

Projekt Camino! Ostatnio dowiedziałem się, że teraz zwykłe podróżowanie wychodzi z mody, a na topie jest robienie projektów podróżniczych, np. projekt „Leming w Tunezji”, albo projekt „Kuźniar w Wallmarcie”. Niestety my tylko podróżowaliśmy, a wiec projektu nie ma. Podróżowaliśmy z dala od hipstersko – lemingowych miejsc, z dala od blichtru zachodniej Europy, drogich restauracji i szybkich samochodów. Nuda. Właściwie to pielgrzymowaliśmy, tradycyjnie, pieszo, tak jak pielgrzymi od tysięcy lat. Mój znajomy jak się dowiedział, ze idę na pielgrzymkę, pieszo 350 km, powiedział tylko:” You must be f…. crazy”. Inni byli bardziej powściągliwi w wyrażaniu opinii, ale przekaz był podobny;) Być może mieli racje. Może trzeba być szalonym żeby iść pieszo 350 km do miejsca kultu, zamiast leżeć przy basenie popijając mojito i oglądając MTV.  Pielgrzymka? Przecież to obciach, a katole to świry. Każdy wie, bo każda gazeta tak pisze. A może właśnie, nie jest to takie szalone jak nam się wydaje. Może trzeba osrać zakłamany przekaz medialny i wrócić do początku. Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy jakie dziedzictwo kulturowe daje im Europa. W związku z tym, może to jest powrót do normalności, powrót do korzeni, do tradycji, do tego co pozwala nam widzieć rzeczy ważne, a nie tylko konsumpcja i pogoń za wygodami. Poza tym, wielu ludzi określa pielgrzymkę jako wędrówkę wgłąb siebie, która daje możliwość lepszego poznania siebie samego. A więc co skłoniło mnie do pójścia na pielgrzymkę? Trzy osoby, Jezus, Paolo Coelho i Sylwia. Pierwszej osoby nie trzeba przedstawiać i tutaj wszystko jest jasne. Druga osoba napisała książkę pt. „Pielgrzym” którą czytałem jako nastolatek i zamarzyłem o identycznej wędrowce. A trzecia osoba to moja dziewczyna, która była pomysłodawcą i mózgiem wyprawy.

Kiedy porównam sobie moje doświadczenia zebrane na Camino, z tym co sobie wyobrażałem przez wyjazdem, to jakbym patrzył na dwie różne historie. Wydaje mi się, że dzieje się tak dlatego, iż każdy tą wędrówkę przeżywa inaczej, stąd zasadnicze różnice w przekazie. Potwierdzają to komentarze ludzi których spotkałem na swojej drodze. Dla jednych było to bardzo silne duchowe przeżycie, przez które zbliżyli się do Boga. Dla innych było to duże poświęcenie dzięki któremu chcieli wyrazić swoje prośby, podziękowania ect. A dla jeszcze innych,  nie miało to żadnego związku z religią, było to sprawdzenie samego siebie, swoich fizycznych granic, swoisty test na wytrzymałość charakteru.

IMG-20150705-WA0004

Na szlaku

Zanim jednak pójdziemy na szlak, w ramach wstępu chciałbym powiedzieć kilka słów o pielgrzymowaniu i samym Camino. Pielgrzymowanie związane z kultem religijnym, istniało już w starożytnym Egipcie, Grecji, Rzymie. Pielgrzymowali Żydzi do Jerozolimy, później chrześcijanie do Ziemi Świętej, pielgrzymowali Muzułmanie do Mekki, pielgrzymowali także hindusi nad Ganges. Niezależnie od religii, pielgrzymowanie jest jej nieodłącznym elementem, dzięki któremu ludzie mogli znaleźć się bliżej boga. Wędrówkę mamy gdzieś zakodowana głęboko w genach, jest w nas coś takiego co każe nam podróżować, wędrować, przemieszczać się. W chrześcijaństwie motyw wędrówki jest często spotykany w Piśmie Świętym. Sam Jezus, od 30 roku życia był wędrownym nauczycielem, chodził od wioski do wioski w całej Palestynie i nauczał wiernych. Z kolei apostołowie, po śmierci Chrystusa również wędrowali głosząc jego nauki. Niektórzy rozumieją pielgrzymkę jako metaforę, która mówi, że jest to kroczenie śladami Jezusa. Na początku pielgrzymowanie nie było tak rozpowszechnione jak teraz i dotyczyło nielicznych, głownie byli to zamożni ludzie lub duchowni. Dopiero w XII wieku, teologowie ogłosili orędownictwo Świętych, dzięki czemu pielgrzymki zyskały na popularności. Loca sacra, czyli pielgrzymowanie do świętych miejsc, jest związanie z grobem świętego, jego relikwiami, czy miejscem objawień. Njapopularniejsze z nich to oczywiscie Ziemia Swieta, grob Sw. Piotra w Rzymie, Fatima, Medugorje, ale także grób Św. Jakuba w Santiago de Compostella w Hiszpanii.

Mnie oczywiście najbardziej interesuje samo Camino de Santiago, czyli Droga Św. Jakuba. Dokładnie rzecz ujmując, jest to ponad tysiącletni szlak pielgrzymkowy, prowadzący do grobu Św. Jakuba w Santiago de Compostela. Początkowo w  X wieku pielgrzymowali głównie wierni z Galicji, dopiero w XII wieku nastąpił rozkwit i zaczęli napływać wierni z dalszych zakątków Hiszpanii i Europy. O popularności Santiago de Compostela w średniowieczu, niech świadczą słowa niemieckiego pisarza Johana Wolfganga Goethego, pisał on wówczas, że „Europa powstała na szlakach do Composteli”. Jako ciekawostkę dodam, ze Droga Św. Jakuba w 1993 roku została wpisana na listę światowego dziedzictwa Unesco.

Tymczasem pytanie za 100 pkt, kim był Św. Jakub? Wie ktoś? Chodzi tutaj o Jakuba, jednego z 12 z apostołów, przekładając to na język współczesny – szycha.  Św. Jakub Apostoł, zwany Większym lub Starszym, był rybakiem, synem Zebedeusza i Marii Salome, a bratem Jana Apostoła Ewangelisty. Pochodził z Galilei i był pierwszym biskupem Jerozolimy, a także pierwszym męczennikiem wśród apostołów. Został ścięty mieczem w 41, lub 42 roku, z rozkazu króla Heroda Agrypy. Jego szczątki, prawdopodobnie w VII wieku zostały przeniesione do Santiago de Compostela, które w późniejszych czasach stało się celem pielgrzymek i stąd ten tekst;)

Obecnie, co roku szlakami Camino de Santiago wędruje ponad 200 tys. pielgrzymów. W zeszłym roku było to 250 tys. ludzi, ze 165 krajów, dokładne statystyki można zobaczyć na http://www.caminodelavida.pl. Z każdym rokiem wytyczane są nowe trasy, w sumie jest ich ponad 10 na samym półwyspie Iberyjskim, a do tego dochodzą jeszcze szlaki łączące europejskie kraje. W 2005 roku w Polsce powołano Szlak Św. Jakuba  który ma być połączony z europejska siecią Camino de Santiago. Podobno z ziem Polskich do grobu Św. Jakuba pielgrzymowano już od końca XIII, lub początku XIV wieku. W tym roku (2015) słynny polski podróżnik i polarnik Marek Kamiński, zrealizował projekt o nazwie 3 Biegun  który miał na celu przejście z Królewca, właśnie do Santiago de Compostela. Miał do pokonania ok. 4000 km (tak, taką wyprawę można nazwać projektem). Najbardziej popularna jest ponad 800 kilometrowa trasa z francuskiego St. Jean de Port, która jest znana z książki Pielgrzym  Paolo Coelho, czy filmu The Way  Emilio Esteveza. Ja osobiście polecam jeszcze film dokumentalny o Camino „Within The Way Without „, gdzie lektorem jest niezawodny Sir David Attenborough.

Tyle słowem wstępu. Wracamy do  pielgrzymki. Jak wspomniałem we wcześniejszym wpisie, wszystko zaczęło się od Lizbony, trochę pokręciłem się po mieście, trochę powspominałem i kiedy dołączyła do mnie Sylwia, pojechaliśmy do Fatimy. Z czego słynie Fatima, chyba wszyscy wiedzą. Objawienia Matki Bożej zaczęły się 13 maja 1917 roku i przez 5 miesięcy trwały do 13 października. Zawierały one słynne 3 Tajemnice Fatimskie które przepowiadały wojnę, komunizm i zamach na Papieża. Oglądałem wiele programów dotyczących tych wydarzeń, w których uczeni próbowali w naukowy sposób wytłumaczyć i opisać te wydarzenia. Jednak żadnemu z nich ta sztuka się nie udała. Przypadek? Nie sadze;) No ale wiadomo, ci co wierzą, to wierzą, a ci co nie wierzą, to doszukują się naukowych wyjaśnień. Wracając do naszego wyjazdu. Do Fatimy dotarliśmy 12 maja, czyli w czasie głównych obchodów. Jako, że w tym roku zjechało się tam 210 tys. ludzi z 30 krajów, to ceny w hotelach oscylowały w granicach 200 euro. Tyle mógłbym zapłacić… ale za tygodniowy pobyt, a nie jedna noc. Zdecydowaliśmy, że będziemy spać w samochodzie. Jak się okazało VW UP nadaje się do tego idealnie, radio pod ręką, ogrzewanie pod ręka, jedzenie pod ręka, gorzej z toaleta, ale nie ma co narzekać:) W sanktuarium spotkaliśmy trochę Polaków, była msza po Polsku. Później było nocne czuwanie procesja i msza. Przyznam szczerze że widok 200 tys. osób ze świecami w ręku robi ogromne wrażenie, żadne zdjęcie tego nie odda, to trzeba zobaczyć. Magia.

Będąc w Fatimie przypomniał mi się program Wojciecha Cejrowskiego właśnie z tego miasta. Dużo czasu poświęcił on na omówienie  sprawa związanych z handlem skupionym wokół sanktuarium. Pokazywał absurdy w okolicznych sklepikach, np. można tam kupić kieliszki, zapalniczki z wizerunkiem Maryi. Przyznam szczerze jest to coś co razi. Ale pielgrzymi sami są sobie winni, bo jak wiadomo nie od dziś, popyt nakręca podaż. Więc następnym razem jak ktoś będzie, to zakupy trzeba przemyśleć i z umiarem;) Kolejna rzeczą która jest charakterystyczna i rzuca się w oczy, jest palenie świec w różnych intencjach. Świece można kupić i wrzucić ja do wielkiego pieca, składając przy tym swoje prośby. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że można tu kupić woskowe części ciała np. rękę, nogę, głowę itp. Działa to tak, ze jeżeli ciebie, albo kogoś ci bliskiego jakąś część ciała jest dotknięta chorobą, to kupujesz woskowy odpowiednik i palisz go w intencji uzdrowienia. Jest to charakterystyczne dla Portugalii, dla Fatimy. Podsumowując, jest to miejsce niezwykle, pełne niesamowitej energii i niesamowitych ludzi, którzy przybywają tutaj co roku, aby oddać cześć Matce Bożej Fatimskiej. Warto zobaczyć na własne oczy.

Po nocy spędzonej na pobliskim parkingu, ruszyliśmy dalej, w kierunku Porto. Jechaliśmy oczywiście bez żadnego GPS-a, omijaliśmy autostrady, dzięki temu błoga wieś portugalska dała nam się lepiej poznać. Oczywiście kilka razy pomyliliśmy drogę, ale zawsze ludzie kierowali nas na właściwe tory. Do Porto dojechaliśmy późnym popołudniem. W pierwszym McDonaldzie połączyliśmy się z internetem i sprawdziliśmy gdzie mamy nocleg. Następnego dnia mieliśmy zacząć naszą pieszą wędrówkę do Santiago De Compostela. Szkoda że była to tylko jedna noc, bo Porto jest bardzo klimatyczne i kusiło żeby zatrzymać się na dłużej. Niestety mieliśmy już ustalony plan i nie zamierzaliśmy go zmieniać. Tak wiec, następnego dnia rano, oddaliśmy samochód do wypożyczalni, założyliśmy plecaki i o 7:00, wyruszyliśmy na nasze Camino. Pierwszego dnia założyliśmy, że dojdziemy do oceanu i wzdłuż jego brzegu, dotrzemy do miejscowości zwanej Villa de Conde. Początek raczej nie był zbyt ciekawy bo rano zaczęło padać i wiał silny wiatr, na szczęście później się wypogodziło. Spotkaliśmy pierwszych pielgrzymów, była to grupka Amerykanów, bodajże sześć osób. Chwilę porozmawialiśmy i poszliśmy dalej, zatrzymując się tylko na krótki posiłek, albo kawę. Wszystko poszło zgodnie z planem i już około 14 byliśmy na miejscu pierwszego noclegu. Pierwszy dzień, mieliśmy za sobą. Nogi oczywiście bolały jak cholera, ale czego ja się spodziewałem? Zaczęło się odliczanie, liczyłem dni, liczyłem kilometry przebyte, liczyłem kilometry pozostałe, liczyłem pozostałe odcinki, liczyłem, godziny marszu. Po dwóch dniach… przestałem liczyć. Przyzwyczajenia z normalnego świata do rejestrowania wszystkiego gdzieś uleciały, straciły na wartości i tylko szliśmy. Szliśmy podziwiając portugalską wieś, szliśmy spotykając innych pielgrzymów, szliśmy modląc się i rozmawiając. Trzeciego dnia, spotkaliśmy pierwszych Polaków. Pogadaliśmy chwile i swoim tempem poszliśmy dalej. Później jednak los połączył nas na dłużej. Z każdym następnym dniem, na szlaku widywaliśmy tych samych ludzi, każdy miał podobny plan. W sumie trudno się dziwić, ponieważ noclegi są tylko w większych miejscowościach, co determinuje dzienne odcinki do przejścia. Skoro wspomniałem o noclegach, warto też powiedzieć o nich coś więcej. Najpopularniejsze są tzw. albergue, czyli domy pielgrzyma. Jest ich sporo i jest to najtańsza opcja na nocleg, w Portugalii kosztują 5 ojro, a w Hiszpanii 6. Zazwyczaj wygląda to tak, że są to duże sale z piętrowymi łóżkami, mogące pomieścić kilkanaście, lub kilkadziesiąt osób. Zazwyczaj, do dyspozycji jest też kuchnia, gdzie można coś upichcić i zjeść coś po ciężkim dniu. Dużym plusem takich miejsc, jest kontakt z innymi pielgrzymami, można wymienić doświadczenia, zdobyć informacje, czy po prostu porozmawiać przy piwku tudzież innym Vino de Casa. Minusem może być kilkanaście osób w jednym pomieszczeniu, chrapanie, śmierdzące buty itp. ale jak to mówią, pielgrzymowanie to nie wczasy w Ciechocinku, twardym trzeba być. Dlatego też, polecam jak najbardziej nocować w albergach, choćby po to żeby zobaczyć, jak to wygląda od kuchni i poczuć prawdziwy klimat pielgrzymowania.

Po kilku dniach pojawił się pierwszy odcisk, przyznam szczerze, że wizja borykania się z odciskami przez resztę trasy nie napawała mnie optymizmem. Na szczęście Sylwia znała świetny sposób. Wystarczy odcisk przeszyć nitka i zostawić ja tam. Bardzo proste, bezbolesne i działa. Idąc nawet 30 km z nitką w odcisku, nie czułem żadnego dyskomfortu, a efekt był taki, że woda z odcisku cały czas uciekała i po jednym dniu odcisk wysychał. Przez cała pielgrzymkę dorobiłem się trzech małych sztuk. Merelki spisywały się naprawdę zajebiście i oprócz strasznego smrodu, nie mam im nic do zarzucenia:) Niestety Sylwia nie miała tyle szczęścia i po kilku dniach trekingowe Salomony, zamieniła na sportowe Najaszki. Już wiem dlaczego kobieca natura każe im zabierać wszędzie po kilka par butów;)

Idąc dalej, ponownie spotkaliśmy pielgrzymów z Polski, Genia, Grażynkę i Olka. Od tej pory postanowiliśmy iść dalej razem. Dlaczego postanowiliśmy do nich dołączyć? Nie wiem. Chyba od razu polubiliśmy się. Poza tym, razem szło nam się bardzo dobrze. Na pewno motywowali nas do wstawania o 6 rano i wczesnego wymarszu, bo jak szliśmy sami to różnie z tym bywało:) Do tego ciekawe rozmowy i droga minęła nam dużo lżej. Poza tym świetnie się uzupełnialiśmy, Gienio zrobił tysiące zdjęć, Olek miał dobrze zaopatrzona apteczkę, z legendarnym już Propolisem, Grażynka która była szefową grupy i moja Sylwia która emanowała energia. Tak oto wesoła Polska paczka zmierzała do Composteli. Każdy inny, każdy ciekawy, każdy serdeczny i pomocny.Dla każdego z nas to było pierwsze Camino, ale mam przeczucie że nie ostatnie.

 

Do Santiago de Compostela dotarliśmy po 10 dniach i tutaj nasze drogi się rozeszły. Olek, Gienio i Grażynka zostali, a my jeszcze tego samego dnia postanowiliśmy iść dalej w kierunku Finisterre. Krótkie pożegnanie i ruszyliśmy dalej. Dwa dni później staliśmy nad brzegiem Oceanu podziwiając piękny widok. Uczciliśmy to piwem z puszki, dodatkowo doszła ogromna satysfakcja z przebytej drogi, piękna chwila. Na koniec tradycja nakazuje spalić buty i ciuchy. Niestety moje śmierdzące Merelki były jedynym obuwiem jakie miałem, wiec nie miałem zamiaru ich palić. Przez chwilę rozważałem spalenie ciuchów, ale ostatecznie wyrzuciłem je do kosza. Wyrzuciłem je z kilku względów, po pierwsze śmierdziały , po drugie śmierdziały. Dlaczego zgodnie z tradycją ich nie spaliłem? Ano dlatego, że masa ludzi je pali, przez co jest straszny smród plastiku i niedopalone ciuchy walają się po skałach, jednym słowem syf, a to trochę nie przystoi. Poza tym, kilka lat temu pielgrzymi spalili całe wzgórze i od tamtej pory za takie coś można dostać kilkaset ojro kary. Tak oto zakończyła się nasza pielgrzymka, trzeba było wracać do Santiago, skąd mieliśmy lot powrotny.

20150526_091235

End of the world – Finisterre

Zastanawiam się co w tym wszystkim było najfajniejsze? Na pewno fajna jest przyroda, jej bliskość, a Portugalska wieś jest urocza. Wędrowanie samo w sobie jest bardzo fajną zajawką, która pozwala oderwać się od rzeczywistości i zresetować się totalnie. Ale chyba w tym wszystkim najfajniejsi okazali się ludzie. Oprócz naszej piątki, była jeszcze Pani Edyta, którą zapamiętałem jako wielka fankę Władcy Pierścieni. Był Hiszpan Ignacio, który co roku pielgrzymuje do Santiago de Compostela. Były dwie Brazylijki, Celina i Marcia które mimo mega odcisków zawsze dawały radę. Był Bob, Amerykanin który szedł trzecie Camino z kolei (jedno kończył i następne zaczynał). Poza tym zawsze miał dla mnie jakieś ‚dobre’ rady, zdanie zawsze zaczynał „let me tell you a secret”. Był Ricardo, Brazylijczyk który zawsze musiał odwalić jakiś numer, a pierwsza rzeczą jaką robił rano, była restauracja i jakieś wino. Byli Tadeusz i Dana. Poznaliśmy Włocha który był Carabinieri Jana Pawła II, poznaliśmy Holendra który w przeszłości przeszedł z Amsterdamu do Santiago de Compostela i kolejna z Anglii do Rzymu. Poznaliśmy Amerykankę, która po pokonaniu raka, postanowiła żyć pełnią życia i udowodnić coś sobie. Każdy z nich był na swój sposób oryginalny, ciekawy i niesamowity. No i chyba najważniejsze, zawsze mieli uśmiech dla innych.

Wyjątkowym momentem który zapadł mi w pamięci, była pewna niedziela na szlaku gdzieś pomiędzy Santiago de Compostela, a Finisterre. Rano wyruszając postanowiliśmy pójść na mszę w miejscowości gdzie będzie nocleg. Sprawdziliśmy czy aby na pewno jest tam kościół i ruszyliśmy w drogę. Kiedy pod koniec dnia dotarliśmy na miejsce noclegu, okazało się, że kościół rzeczywiście jest, ale zamknięty. Nie można nic było zrobić. Nagle kiedy jedliśmy obiad, podszedł do nas jakiś pielgrzym. Był Amerykaninem i tak jak my pielgrzymował do Finisterre. Okazało się że jest księdzem i zapytał czy bylibyśmy chętni uczestniczyć we mszy św. tuż przed albergą. Była to wyjątkowa msza, ksiądz był w dresie i klapkach, stuła to był zwykły, a za ołtarz posłużył nam stolik z napisem Coca Cola, a Iphone był mszałem. Warunki były jakie były, ale istota liturgii została zachowana. Jak się okazało, nie ma rzeczy niemożliwych.

Na koniec chciałbym zacytować fragment książki Emili Sokolik, o Camino właśnie:  „Camino to życie w miniaturze. Są chwile zachwytu i nudy, radości i smutku, spokoju i grozy, są zwycięstwa i porażki. Jest wielu napotkanych ludzi, którzy ci dłużej lub krócej. Jednak to wszystko zostaje pomniejszone do takich rozmiarów, ze staje się możliwe do ogarnięcia w myślach. Codzienne problemy są doskonale proste: trzeba coś zjeść, zrobić zakupy czy pranie. Dzięki temu możesz wreszcie zobaczyć, jaki naprawdę jesteś, jak reagujesz na to, co przynosi ci życie, jak postrzegają cię inni. Łatwiej się później pozbyć fałszywego wyobrażenia o sobie. Poznać swoją złość, swoje uprzedzenia, zniechęcenie, słabość, lecz także siłę charakteru i determinację”.

Bom Caminho.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Camino de Santiago – krotki tekst o pielgrzymowaniu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s