Lizbona na spokojnie

Czasami tak sie zdarza że, do pewnych miejsc wracamy nawet jeśli tego nie planujemy. Tak jest obecnie w przypadku Lizbony. Po Azji miała być dłuższa przerwa od podróży, a zupełnie przypadkiem wyszła Kuba i teraz Portugalia z Hiszpanią. Sprawdza się stara mądrość ludowa że, plany sobie, a życie sobie.
image
image

Ale po kolei, co tu robie i dlaczego? Wszystko za sprawą mojej dziewczyny, ktora wymyśliła że,  musi przejść choć część słynnego Camino. Konkretnie chodzi o trasę z Lizbony do Santiago de Compostellla w Hiszpanii. Jest to trasa portugalska, ale idea jest taka sama co w przypadku drogi Św. Jakuba z Francji.
image

Jeżeli ktoś czytał ‚Pielgrzyma’ Paolo Coelho, to wie o czym mówię. Powstał też film pt. ‚Droga życia’ który opowiada o ojcu (w tej roli Martin Sheen) który postanowił dokończyć pielgrzymkę tragicznie zmarłego syna. Jak ktoś lubi takie klimaty to warto zobaczyć – ja lubię. Będąc nastolatkiem, po przeczytaniu ‚Pielgrzyma’ byłem strasznie zajarany tą wędrówką i bardzo chciałem pokonać tą trasę, ale jak to w przypadku nastolatków, zapał jest raczej słomiany:)  Od tego momentu minęło parę ładnych lat, w miedzyczasie plany się pozmieniały, ale jak widać co się odwlecze to nie uciecze i za kilka dni zaczynam moją własną ‚Droge życia’. Tak więc idziemy we dwójkę, na początku jedziemy samochodem do Fatimy, nastepnie do Porto i dopiero z Porto ruszamy pieszo. Ze względu na ograniczenia urlopowe nie pokonamy całej trasy pieszo, ale i tak mamy do przejścia prawie 300km. Na początek wystarczy:)
Wracając do Lizbony. Przyleciałem sam i czekam na Sylwie, która dołączy do mnie później. Tak sie złożyło że, mam czas na odwiedzenie starych kątów. Pierwszy raz byłem w Lizbonie przy okazji wyjazdowego meczu mojej Legii, z miejscowym Sportingiem. Było to w 2012 roku podczas fazy pucharowej Ligi Europejskiej. Jak dzisiaj przyjechałem, to wróciło trochę wspomnień, wiec myślę że, to dobra okazja aby napisać male co nieco o tym co tu się działo się 3 lata temu.  Wyjazd był epicki, co może potwierdzić Damian, jeżeli to czytasz pozdrawiam:) Zaczęło sie już w Polsce. Dwa dni przed meczem mieliśmy samolot z Poznania do Madrytu. Jak sie okazało nie tylko my wpadliśmy na tak genialny pomysł, bo już w pociągu widzieliśmy sporo naszych chłopaków. Cześć leciała czarterem, ale większa część, tak jak my, na własną rękę. Na lotnisku okazało sie, że jest nas całkiem sporo, co dało sie zauważyć np. w kiblach gdzie chłopaki przelewali wódkę do butelek po Spriteach. Stary numer, ale zawsze działa, a efekt jest taki że,  nikomu alkoholu w samolocie nie brakuje:) Mi najbardziej zapadła w pamięć sytuacja kiedy Damian na płycie lotniska zapalił sobie papierosa. Po chwili poszedł ktoś ze straży granicznej i ze stoickim spokojem powiedział: ‚Zgaś tego szluga, bo jak to wszystko pierdolnie, to wszystkich was bedziemy zdrapywac z ziemi’. Zaraz po wylocie ktoś zarzucił: „Jesteśmy zawsze tam!!!!!!!!!!!”, i wówczas pół samolotu odpowiedzialo: „Gdzie nasza Legia gra!!!!!!!!” Dopiero wtedy okazało się jak dużo nas jest, był nawet gość który wyglądał jak Don Johnson.  W miarę upływu czasu, towarzystwo było coraz bardziej podchmielone, a zabawa i spiewy trwały w najlepsze. Na nic sie zdaly komunikaty stewardess, że pokład samolotu to nie stadion pilkarski i że, nie można spożywać własnego alkoholu – po kilku próbach zrezygnowała:) Wychodząc z samolotu w Madrycie, zostało po nas pobojowisko, ktos nawet z powodów  choroby lokomocyjnej narzygał na podłogę:) W Madrycie ciągle spotkaliśmy naszych, albo ślady po nich w postaci legijnych wlepek. Wieczorem w parku spotkaliśmy się w większej grupie i zaczęła się biesiada. W trakcie jeden koleżka wskoczył do fontanny, a był luty czyli nie za gorąco, nawet w Madrycie:) Jak skończył sie ten wieczór, za bardzo nie pamiętam. Wiem tylko tyle że, krażyliśmy po mieście i na kazdym kroku spotykaliśmy Legionistów. Śpiewy było słychać dosłownie wszędzie – Madryt był nasz. Rano w dniu meczu polecieliśmy do Lizbony. Na mieście trwała jedna wielka zabawa Legionistów,  wszędzie śpiewy, wlepki i jeden wielki melanż.

image

Legijne wlepki

image

Legijne wlepki

O ile kibice miejscowej Benfiki byli przyjaźnie nastawieni, łączyła nas niechęć do Sportingu. O tyle Sporting już tak przyjazny nie był. Zdarzały się jakieś akcje z ich strony, ale szybko były kończone przez naszych chłopaków. Ogólnie mówiąc zabawa była przednia. Najbardziej rozbawiła mnie scena, kiedy nasi zastąpili muzyków z ulicznego zespołu, jeden przejal perkusje, drugi gitarę a trzeci śpiewał;) Mieli chłopaki fantazje:) Jadąc dzisiaj z lotniska, autobus zatrzymał się na placu gdzie zbieraliśmy sie przed meczem. Trzy lata temu, ten sam plac był cały biały, a dzisiaj kręciło się tylko kilku turystów, zero klimatu.

Niestety przegraliśmy ten mecz i odpadliśmy z pucharów, ale kibice zaprezentowali sie jak zwykle zajebiscie, było trochę pirotechniki i dobry doping. Po meczu, portugalska policja zrobiła sie bardzo gościnna. Efekt był taki że, w pewnym momencie wjechali w naszą grupę i zaczęli walić pałami na oślep, w efekcie czego Damian zostal trafiony centralnie w łepetyne. Widocznie wiedzieli, że w tym dniu ma urodziny i postanowili dać mu  taki wspaniały prezent:) Cala prowokacja została jednak przerwana, bo do negocjacji z policja przystąpił jeden wielki gość i dość szybko zakończył sprawe. Jak się okazało,  to nie był koniec naszych przygód. Po dotarciu do hostelu, postanowiliśmy napić się piwa na pobliskim placu. Siedząc, pijąc piwo i gadając o głupotach, zobaczyliśmy jadącą suke z dzielnymi  funkcjonariuszami w środku, ktos nawet zażartował że, to po nas jadą. Kilka sekund później suka sie zatrzymała i wybiegli prosto do nas. Nawet nie zdążyłem dopić piwa, rozstawili nas pod płotem i tradycyjnie, przeszukanie, sprawdzanie dokumentów itp. Oczywiście nic nie znaleźli, ale jednego chłopaka zawinęli za to że, odpalił auhtunga. Po wszystkim wróciliśmy na swoje miejsca i w spokoju dopiłem pozostawione bez opieki piwo. Tak zakończył sie nasz wypad do Portugalii.

image

Plac przed hostelem

Niestety teraz na mieście nie widac już żadnych naszych wlepek. Szkoda że,  nie wzialem nic. Przydałyby sie.
Fajnie się wspomina, ale trzeba wracać do teraźniejszości. Teraz już tylko Camino.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Lizbona na spokojnie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s