Wyciagniete z szuflady – Jedno oko na… Maroko 2014

Podróż do Maroka odbyłem dokładnie rok temu, w lutym 2014 roku. Zresztą filmiki z tego kraju są pierwszymi wpisami na tym blogu. Był to krótki wyjazd, tylko po to żeby na chwilę oderwać się od szarego Londynu. Mimo że podróż nie trwała zbyt długo, to miałem kilka ciekawych przygód, min. nocowałem w najbrudniejszym hotelu jaki widziałem, o mało nie pobiłem się z miejscowym oszustem, targowałem się ze starym Berberem i wypiłem kilkanascie herbat. To tak w telegraficznym skrócie.

Pomysł o podróży do tego kraju chodził mi po głowie od dłuższego czasu, ale zawsze coś stawało mi na przeszkodzie, a to praca, a to drogie bilety, a to niekorzystne przesiadki. Ale jak wiadomo, co się odwlecze to… sie odwlecze. Mam taki dziwny nawyk sprawdzania cen biletów lotniczych i chcąc nie chcąc zawsze znajdę coś ciekawego. W taki sposób trafiłem na bardzo tanie bilety do Rabatu, idąc za ciosem, postanowiłem sprawdzić czy są jakieś tanie powroty. Jak się łatwo domyślić – były. Chwila wahania, ale decyzja mogła być tylko jedna – lecę. Co prawda Maroko to nie Egipt, ale podobny klimat, więc idealne miejsce aby się zaprawić;)

image

Fez

Ostatnio dużo czytałem o Afryce Północnej. Szczególnie do gustu przypadły mi książki jednego z moich ulubionych autorów – Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego. W jednej z nich, pt. „Pod smaganiem Samumu” opowiada o swojej podróży po Tunezji, Algierii i Maroku. Mając w głowie świeże wspomnienia wyniesione z lektury, z niecierpliwością czekałem na moją własną podróż. W ogóle polecam tego autora, niesamowita postać, prawdziwy człowiek renesansu i do tego świetny pisarz. Czytając jego książki można przenieść się 100 lat wstecz i podróżować razem z Nim po różnych krajach. W wyżej wymienionej książce opisuje kraje Afryki Północnej kiedy były jeszcze koloniami Francuskimi.
Obecnie w Maroku władzę sprawuje król, a jest nim Muhammad VI. Kraj zamieszkuje ok. 33 milionów ludzi, gdzie Arabowie stanowią 75% społeczeństwa, reszta to Berberowie, Tuaregowie i bardzo mały odsetek Europejczyków. Jeżeli chodzi o religie, to oczywiście dominuje Islam, bo aż 99% ludzi to muzułmanie. Reszta czyli jakieś 1% to chrześcijanie. Ciekawostką jest to, że Maroko od 1994 roku pozostaje w konflikcie z sąsiednią Algierią i od tamtej pory granica pomiędzy tymi dwoma państwami jest zamknięta i pilnie strzeżona. Spór idzie o terytoria Sahary Zachodniej i nie zanosi się aby szybko się zakończył.

image

Lokalna półciężarówka

Wracając do mojej podróży, jak wspomniałem na początku, pierwszym przystankiem na mojej drodze jest Rabat, czyli stolica Maroka. Od zawsze myślałem, że stolicą jest Marrakesz, ale jak widać człowiek uczy się całe życie. Kolejną rzeczą która mnie zaskoczyła, to było to, że Maroko w swojej fladze ma pentagram. Co prawda jest to biały pentagram, czyli tak naprawdę symbol szczęścia, harmonii i magiczny amulet. Ale dla wielu pentagram to pentagram, szatan i już – ja też tak myślałem kiedy byłem w liceum;)

image

Pentagramy na koszulkach

Zamiana chłodnego Londynu, na bardzo ciepły Rabat była jak ekspresowe nadejście wczesnego lata, trzy godziny lotu i jesteśmy w innym świecie, gdzie jest 15 stopni cieplej, można nosić szorty i cieszyć się slońcem.
Rabat jak na stolicę przystalo, jest dużym prawie dwu milionowym miastem. Położony nad Oceanem Atlantyckim, przez co też jest jednym z ważniejszych portów w kraju.

image

Widok na Ocean Atlantycki w Rabacie

image

Latarnia morska

Przylatując do Rabatu, przede wszystkim chciałem zobaczyć słynny targ, przez miejscowych zwany sukiem. W ogóle Maroko słynie ze swoich targów, na których można kupić dosłownie wszystko i jest to jedna z największych atrakcji. Nie zawiodłem się ani trochę. Jest to idealne miejsce do robienia zdjęć, mnóstwo kolorów, ludzi, przedmiotów. Można nie rozstawać się z aparatem, bo zawsze jest coś ciekawego do utrwalenia na zdjęciu. Suk w Rabacie jest tak duży, że praktycznie spędziłem tam cały dzień, tylko z małymi przerwami na herbatę i jakiegoś kebsa. Setki zatłoczonych uliczek i ciągły gwar sprawiają, że bardzo łatwo się tam zgubić. Co do asortymentu, to można tam kupić wszystko. Od ubrań, ryb, butów, jedzenia, elektroniki, kur, kosmetyków, przypraw, przedmiotów codziennego użytku, obrazów, mebli, rzeźb i wielu, wielu innych rzeczy.

image

Osioł przerobiony na LPG

image

Suszone owoce

image

Coś dla miłośników krawiectwa

image

Polski akcent

Oprócz targu, czyli arabskiego oblicza miasta, jest jeszcze francuska strona. Jak wiadomo, Maroko to była kolonia francuska, a więc i ślady Francuzów widać na każdym kroku, głównie chodzi mi o architekturę, choć sporo osób mówi też po francusku. Chodząc po mieście w pewnym momencie trafiłem na pewien plac i poczułem się jakbym znalazł się na Placu Zbawiciela w Warszawie. Nie chodzi oczywiście o jakąś śmieszną tęcze, tylko o podobieństwo obu placów. Układ jest identyczny, centralnym punktem jest rondo, wokół którego są budynki poprzecinane uliczkami, jest kościół, są nawet tramwaje. Nie wiem na ile w tym przypadku zadziałała moja wyobraźnia, ale coś w tym musi być, bo analogii rzeczywiście jest dużo.

image

Plac w Rabacie, jednak na zdjęciu nie udało mi się uchwycić tego o czym pisałem

image

Przykład kolonialnej architektury

Kolejnym miejscem które bardzo przypadło mi do gustu, jest medyna w Rabacie. Głównym powodem dla którego tak mi się podobała, są błękitno białe elewacje budynków, które tworzą niepowtarzalny klimat. Jest to namiastka Chefchaouene, czyli słynnego marokańskiego „Błękitnego miasta”. Niestety miałem kompletnie nie po drodze żeby tam pojechać, bo skierowałem się na południe do słynnej Casablanki.

wpid-wp-1423401370832.jpeg

Medyna w Rabacie

wpid-wp-1423401388995.jpeg

Błękitno białe elewacje

Od zawsze Casablanka kojarzyła mi się z filmem, o tym samym tytule, gdzie mistrzowsko zagrali Hamprey Bogard i Ingrid Bergman. Film powstał w 1942 roku i dziś jest uznawany za klasykę kina. Oglądając ten film można poczuć prawdziwą magię kina, niestety teraz już takich filmów nie robią. Wiem, że głownie podoba się on żeńskiej widowni, ale ja jako fan starych filmów też daje plusa. Nawet na pamiątkę kupiłem magnes z głównymi bohaterami filmu. Tak w ogóle rzadko oglądam nowości kinowe, dużo bardziej wolę stare filmy, są bardziej klimatyczne. Pamiętacie takie cykle filmowe jak „W starym kinie”, „Perły z lamusa”, albo „Gwiazdy w południe”? Świetna sprawa, niestety teraz puszczają jakieś niedojebane talent showy i inne gówna.

wpid-20150208_132010.jpg

Magnes z bohaterami filmu

Wracając do Casablanki. Moją uwagę najbardziej przykuł miejscowy suk. Z tą różnicą, że sprzedawcy stali się jakby bardziej nachalni, na siłę zapraszają aby obejrzeć ich towary i ciężko się ich pozbyć. Nawet jeżeli jest to sukienka, to mówią ze to idealny prezent dla żony/siostry/mamy i nie odpuszczają. Czasami jest to mocno irytujące i odchodzę bez słowa, a czasami wchodzę do środka żeby porobić zdjęcia. Na takich targach można spotkać przeróżnych ludzi, od zaklinaczy węży, wróżbitów, sprzedawców wody, drobnych cwaniaczków, biedaków, zwykłych sprzedawców do artystów – cały przekrój społeczeństwa. Często zatrzymuje się żeby z nimi chwilę pogadać, czasami sami mnie zatrzymują żeby pogadać, choć głównie chcą mi coś wcisnąć;)

wpid-wp-1423401885498.jpeg

Suk w Casablance

image

Mobile stoisko

image

Księgarnia, a wśród autorów min. Hitler i Rommel

image

Stoisko elektryczne

image

Przetwory

image

Materiały

Będąc w Casablance poszedłem do meczetu. Jest to trzeci co do wielkości meczet na świecie, większy jest tylko w Mekce i w chyba Islamabadzie (nie chcę mi się sprawdzać;). Meczet Hassana II w głównej sali modlitewnej może pomieścić 25 tysięcy ludzi, a dziedziniec przed meczetem 80 tysięcy, jest maprawdę ogromny. Warto dodać że minaret ma 210 metrów, co czyni go najwyższym minaretem na świecie i najwyższą budowlą w Maroku. Z tego co zauważyłem mieszkańcy są dumni ze swojego meczetu, bo nieraz polecali mi odwiedzić to miejsce.

image

Wnętrze meczetu

image

Ręcznie rzeźbiony sufit

Niestety mój pobyt w Maroko jest dosyć krótki i mam bardzo napięty grafik, dlatego po dwóch dniach w Casablance, muszę jechać dalej do słynnego Marrakeszu. W drodze na dworzec taksówkarz umilał mi czas… śpiewem;) Musiałem go cały czas zagadywać żeby tylko przestał śpiewać.
Ogólnie Marokańczycy są bardzo przyjaźnie nastawieni do turystów, często zagadują, żartują, są bardzo otwarci i pomocni. Dużo pytają o Polskę, a w rejonach gdzie jest dużo turystów, nawet potrafią coś po Polsku powiedzieć.

wpid-wp-1423402052938.jpeg

Stare wilki morskie, w środku kapitan i jego brat.

wpid-wp-1423402035581.jpeg

Sprzedawca wody

image

Ojciec z synem prowadzący mały sklepik. Ojciec prezentuje zdjęcie piłkarskiej drużyny narodowej w towarzystwie Króla Maroka

image

Mechanik podczas pracy;)

image

Sprzedawca ryb

W pociągu głównie skupiłem się na spaniu. Zresztą pociąg był zatłoczony jak Polskie PKP podczas powrotów ze świąt. Żeby przebić się do ubikacji musiałem przeciskać się pomiędzy innymi podróżnymi, co nie było zbyt łatwe. W międzyczasie zmienił się krajobraz za oknem. Zielona cześć kraju pozostała gdzieś za mną na północy, a zaczął dominować piasek, wysuszone gleby i żółto-czerwone barwy. Do Marrakeszu dojechałem wieczorem kiedy już było ciemno. Z dworca złapałem taksę do centrum i postanowiłem znaleźć jakiś nocleg.

wpid-wp-1423403164454.jpeg

Lokomotywa

image

Chillout

image

Marrakesz

Byłem strasznie ciekawy Marrakeszu, w mojej wyobraźni to miasto funkcjonowało jako orientalna perła Afryki Północnej. Niestety spotkało mnie jedno wielkie rozczarowanie. Głownie dlatego, że miejscowi traktują turystów jak maszynki do zarabiania pieniędzy. Tysiące turystów którzy tu przyjeżdżają po to aby poczuć smak orientu, są dla miejscowych prawdziwą żyłą złota. Z każdej strony jestem bombardowany ofertami natrętnych sprzedawców, hotelarzy, taksówkarzy, tour operatorów. Jest to mocno irytujące i męczące bo nie można spokojnie przejść, a ich nie interesuje że nie masz ochoty z nimi gadać. Swoimi spostrzeżeniami podzieliłem się z dwójka napotkanych Polaków, w odpowiedzi usłyszałem że wyglądam jak „choinka finansowa” z Europy Zachodniej, dlatego są tak nachalni. Chwile się nad tym zastanowiłem, rozejrzałem się dookoła i stwierdziłem, że jestem ubrany jak dziad w porównaniu do miejscowych. Tutaj wszyscy chodzą odjebani w Dolce & Gabana, Armani, torebki Louis Viton! Ci biedniejsi w Adidasie, albo Nike. I ja się pytam gdzie ja wyglądam jak „choinka finansowa” mając na sobie czarny bawełniany T-shirt, stare spodnie i buty trekkingowe? Niestety napotkani na mojej drodze Polacy należeli do grupy podróżników ultra niezależnych, którzy za wszelka cenę chcą podkreślić swoją wyższość. Ktoś taki nie powie że był np. w Marrakeszu – bo tam jeżdżą lemingi. Ktoś taki powie, że cały czas w Maroko spędził z Berberami na pustyni kontemplując sprawy egzystencjonalne. No cóż, oni też kiedyś dorosną:)

wpid-wp-1423402251415.jpeg

Widok z dachu jednej z knajpek tuż przy rynku

image

Rynek w Marrakeszu

image

Lampka gazowa

image

Popularne kapcie. które każdy chciał mi wcisnąć

image

Przyprawy

image

Pewnego razu, podczas poszukiwań słynnych garbarni skór, spotkałem chłopaka który powiedział, że za darmo mnie tam zaprowadzi. Od razu uprzedziłem go żeby nie ściemniał bo i tak nic nie dostanie. Tuż u celu zapytał czy mu czegoś nie dam – niestety nie, uprzedzałem. Zapłaciłem za wejściówkę i wszedłem do środka. Chłopak zniknął, ale przykleił się inny koleś który na siłę chciał mnie oprowadzić sugerując skąd zrobię najlepsze zdjęcia. Na szczęście udało mi się go pozbyć. Zrobiłem kilka zdjęć i chciałem wyjść, ale jak się okazało mój przewodnik, którego pozbyłem się po 30 sekundach, zażądał ode mnie zapłaty. Na początku grzecznie mu wytłumaczyłem, ze nie mam mu za co płacić i żadnej kasy nie dostanie, poza tym zapłaciłem już za wejście. Gość nie dawał za wygrana, a kiedy podeszło dwóch jego kolegów, zrobił się agresywny i zaczął na mnie wyzywać. Niestety jego taktyka nie zadziałała, w odwecie zjebałem go jak burą sukę i chciałem mu przypierdolić w łeb, ale jego koledzy widząc, że żarty się skończyły, załagodzili sytuacje i ostatecznie stwierdzili, że już zapłaciłem i mogę iść. Jeden z nich odprowadził mnie do bramy i na koniec zapytał czy aby nie jestem dziennikarzem – jeszcze raz kazałem im spierdalać i poszedłem. Kurwy. Niestety sami jesteśmy sobie winni, bo to my turyści nauczyliśmy ich, że za wszystko słono płacimy, stąd takie zwyczaje.

 

image

Garbarnia skór

Chwile później spotkałem kobietę która za potrójną cenę sprzedawała chusteczki higieniczne, mówiąc przy tym, że to na jedzenie dla jej dzieci. Trafiła w czuły punkt, wiec odpowiedziałem, że kupie, ale za tą kwotę musi mi dać dwie paczki. Nie chciała nawet o tym słyszeć – tak bardzo jej dzieci były głodne. Założę się, że chwilę później komuś je pogoniła. Tak w Marakeszu wykorzystuje się naiwność turystów.

 

image

Znalazłem nawet muzeum fotografii

Wieczorem chodząc po rynku napotkałem grupkę ludzi skupionych wokół jakichś muzyków. Postanowiłem przyjrzeć się im trochę. Jak się okazało byli to artyści berberyjscy którzy prezentowali tradycyjne tańce i muzykę. Lider grupy mówił o sobie „Bob Marley Berber”, co chyba miało znaczyć, że jest berberyjskim Bobem Marleyem. Nie wiem skąd takie porównanie, bo muzycznego podobieństwa nie było żadnego, ale wiadomo… artyści. Mnie jednak najbardziej zainteresował ich taniec, podczas którego tancerz wygląda jakby był w transie. Zresztą sami zobaczcie.

Następnego dnia wstałem przed 6 bo chciałem mieć dobre światło do zdjęć i poszedłem na rynek. W pewnym momencie zaczepił mnie starszy facet w zielonym stroju przypominającym habit. Wytłumaczył mi, że arabska cześć targu jest dzisiaj zamknięta ze względu na święto i jeżeli chcę to zaprowadzi mnie na berberyjski targ który jest dzisiaj czynny, a on akurat idzie w tym kierunku. Oczywiście wiedziałem że to kant, ale byłem ciekawy co wykombinują. Poza tym dużo czytałem o Berberach i ich handlowych zdolnościach, dlatego zgodziłem się aby mnie tam zaprowadził. Okazało się, że obaj panowie znali się bardzo dobrze, a właściciel bardzo się ucieszył, że kolega przyprowadził mu turystę do oskubania. Chciałem obejrzeć towar i ewentualnie coś kupić, ale stary Berber mi nie pozwolił. Na początek kazał mi usiąść i nalał dwie szklaneczki herbaty – doskonały przykład budowania relacji z klientem. Dopiero po wypitej herbacie, w luźnej przyjacielskiej atmosferze mogłem się rozejrzeć, wybrałem dwa przedmioty, wisiorek i kolczyki – ręczny wyrób i jak zapewniał mnie stary handlarz, wyrób był ze srebra;) Jako że mój partner handlowy słabo znał angielski, do negocjacji posłużył nam długopis i kartka papieru. Na początek napisał 800, upewniłem się że chodzi o dirhemy i szybko przeliczyłem na euro – wyszło mi jakieś 80 euro. Wiedziałem że mam do czynienia z zawodowcem, zaczął wysoko żeby mieć z czego schodzić. Zastosowałem podobną taktykę i napisałem 40, czyli jakieś cztery euro. Nasze negocjacje trwały dobre 15 minut, zapisaliśmy całą kartkę i ostatecznie ustaliliśmy cenę w okolicach 100 dirhemów, czyli jakieś 10 euro. Zgodziłem się tylko dlatego, że bardzo polubiłem tego starego Berbera. Myślę że te przedmioty nie były warte więcej niż 4 euro, ale co tam, liczy się dobra zabawa.

image

Zakład gdzie wyrabiane są metalowe miski

Bez żalu opuściłem Marrakesz i udałem się do Fezu. Dojechałem do miasta coś koło 23 i zacząłem rozglądać się za noclegiem. Znalazłem jeden hostel w przewodniku, ale jak doszedłem na miejsce okazało się że recepcja jest już zamknięta i ma opcji żeby tam przenocować. Na szczęście przewodnik mówił, że niewiele dalej jest jakiś tani hotel. Jak tam dotarłem było już po północy, obudziłem gościa z recepcji i zapytałem o pokój. Na szczęście miał wolne miejsca. Niestety radość nie trwała zbyt długo. Kiedy wszedłem do pokoju aż mnie cofnęło. Nie należę do osób które wymagają jakichś super warunków, czasami wystarczy mi ławka na dworcu, ale to co tam zastałem przebiło wszystko. Po pierwsze strasznie jebało, po drugie grzyb na ścianach, odpadający tynk, woda z kranu cały czas kapała, robaki, a kiedy odkryłem kołdrę zobaczyłem na pościeli pełno brudu i łoniaków. Nocowałem w rożnych miejscach, ale nawet w blaszanym baraku na Haiti było lepiej. Nigdy nie widziałem takiego syfu. Jako że byłem padnięty i było już po północy, postanowiłem przemęczyć się do rana. Nie zdejmując ubrania, położyłem się na kołdrze, która była w miarę czysta. Ciężko jest zasnąć kiedy kapiąca woda głośno rozbija się o kafelki pod pseudo prysznicem. Leżałem tak do 6 rano, po czym zabrałem plecak i poszedłem szukać czegoś normalnego. Zdecydowanie był to najgorszy hotel w jakim byłem. Następny już był o niebo lepszy.

image

Hotel numer 2

Po kiepskich początkach, okazało się że Fez to bardzo fajne miasto. Bardzo rożni się od Marrakeszu pod względem nastawienia ludzi. Nikt na siłę mi nie wciska żadnych przedmiotów, nikt nie naciąga na kasę. Mogłem spokojnie chodzić i robić zdjęcia. Ludzie są jakby sympatyczniejsi, milsi.

image

Osioł najlepszym przyjacielem człowieka

Głowną atrakcją miasta jest oczywiście suk, ale są też słynne garbarnie (chyba najładniejsze ze wszystkich – pomimo potwornego smrodu warto odwiedzić), jest uniwersytet, są ruiny zamku skąd rozpościera się wspaniała panorama z widokiem na miasto. Wszystko to sprawia, że Fez najbardziej przypadł mi do gustu i bardzo chętnie wróciłbym tam. Jest jeszcze jeden powód dla którego wróciłbym do Maroka – sandboarding, czyli zjazd na desce z piaszczystych wydm. Teraz mi się nie udało, ale następnym razem muszę spróbować.

image

Panorama Fezu

image

Słynne garbarnie skór w Fezie

image

Teren Uniwersytetu

Podróżując po kraju da się zauważyć, że ludzie tutaj mają niezłego pierdolca na punkcie futbolu, co zresztą bardzo mi się podoba. Kiedyś podczas zamawiania herbaty w knajpie, dwóch facetów zaczęło ostro o coś się spierać. Kiedy skończyli, zapytałem jednego z nich o co poszło, odpowiedział – o futbol;) Innym razem, w Fezie byłem świadkiem przejazdu autobusu miejskiego wypełnionymi kibicami jadącymi na mecz i szczerze mówiąc jeżeli chodzi o zachowanie, niczym się nie różnią od naszych rodzimych kiboli. Te same zachowania, śpiewy, ta sama pasja. Widać też, że ruch ultras ma się całkiem dobrze, w miastach widać dużo klubowych tagów i graffiti, na pewno dodaje to kolorytu miejskiemu krajobrazowi. Niemniej jednak jest tu jeszcze wiele egzotyki i tą ligę należy należy traktować z lekkim przymrużeniem oka.

image

Kibolskie grafitti

image

Młodzi kibice na tle klubowego graffiti

Na koniec muszę powiedzieć, że bardzo posmakowała mi tutejsza herbata, mimo ze słodka to gasi pragnienie i dobrze smakuje. Co prawda wygląda jak ziele zalane wrzątkiem, ale jest naprawdę dobra. Co do jedzenia, to wiadomo – kebaby, kus kus i szaszłyki – tradycyjnie, niezdrowo ale smacznie;)

wpid-wp-1423402507071.jpeg

Herba

wpid-wp-1423402523986.jpeg

Świeżo wyciskany sok

wpid-wp-1423402466141.jpeg

Warzywa z mięsem – pycha.

Tak oto wygląda Maroko z mojej perspektywy. Bardzo ciekawy kraj, mili ludzie. Warto odwiedzić.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s