Wyciagniete z szuflady – Balkany 2011 czyli cycki, rakija i festiwal filmowy

Z cyklu „Wyciągnięte z szuflady” tym razem wspomnienia z podróży po Bałkanach. Był to klasyczny backpacking, bardzo studencki wypad z mocno okrojonym budżetem, a zarazem jedna z pierwszych samotnych podróży, podczas której poznałem mnóstwo ludzi i trochę siebie. Z perspektywy czasu wydaje mi się to szaleństwem, ale jak widać nie pieniądze były najważniejsze, a kreatywność i chęć przeżycia przygody.

Siedząc w pociągu relacji Warszawa Wschodnia – Budapeszt Keleti myślę nad najbliższymi dniami, właśnie wydałem prawie 10 % swojego budżetu na bilet do Budapesztu i próbuje wykombinować w miarę realna trasę swojej podróży. Ze względu na okrojony budżet – wiadomo jak jest ze studentami – postanowiłem przez Węgry i Słowenię dostać się do Włoch, następnie do Chorwacji i jakoś wrócić. Nie były to czasy tanich linii lotniczych – tzn. nie na Bałkanach, więc preferowanym środkiem lokomocji był autostop, autobus lub pociąg. Zaopatrzony w tygodniowy zapas jedzenia i łeb pełen marzeń, wyruszyłem w drogę, kompletnie nie wiedząc jak daleko dojadę.

W drodze

W drodze

Jak już wspomniałem, pierwszym przystankiem na mojej drodze był Budapeszt, dla mnie miasto absolutnie wyjątkowe, z którym mam najfajniejsze, najromantyczniejsze wspomnienia. Co prawda, są to wspomnienia wiążące się z innym wyjazdem, ale są dla mnie tak ważne, że kiedy myślę o Budapeszcie to wracam właśnie do nich. Jakby ktoś nie wiedział co robić w Budapeszcie, to polecam iść wieczorem na most Wolności i po prostu napić się wina na jednym z przęseł, albo wdrapać się na wzgórze Gelerta i pogapić się na miasto nocą, można po prostu leżeć na trawce w parku na Wyspie Małgorzaty i nic nie robić,  można szwendać się po mieście i szukać śmiesznych węgierskich nazw, albo z mapą odkrywać kolejne zabytki. Tak, Budapeszt to jest TO miasto i zawsze będzie. Spędziłem tam dwa dni i po ogarnięciu miasta miasta postanowiłem jechać dalej, poszedłem na dworzec kolejowy Keleti i zacząłem kombinować gdzie by tu się wybrać. Do wyboru miałem, Belgrad, Wiedeń, Zagrzeb, Lublanę i Wenecję – wybór padł na Lublanę, głównie dlatego, że pociąg do stolicy Słowenii odjeżdżał najwcześniej.

DSC_7515

Widok ze wzgórza Gelerta

DSC_8169

Most Wolności

Aby zaoszczędzić na noclegach, starałem się podróżować nocą i tak oto o 3 w nocy wysiadłem w Lublanie. Wyszedłem przed dworzec, rozejrzałem się i wróciłem. Padał deszcz, było zimno i nieprzyjemnie, ogólnie warunki niesprzyjające do poszukiwań hostelu. Hala główna dworca była zamknięta, więc poszedłem do podziemnego przejścia i tuż przy wyjściu na perony ułożyłem się do snu. Przytulony do plecaka i owinięty w pokrowiec przeciwdeszczowy spałem jak dziecko, obudziłem się ok. 7 i spostrzegłem sporo ludzi śpiących wokół mnie – widocznie pociąg który przyjechał później przywiózł podobnych do mnie bezdomnych włóczęgów którzy postanowili skorzystać z gościnności słoweńskich kolei. Po szybkim śniadaniu w postaci legendarnego Pasztetu Podlaskiego wyruszyłem na poszukiwania hostelu, wybrałem oczywiście najtańszy, ale wybór był dobry, bo spotkałem tam wielu ludzi z dworca. Poznałem tam sympatycznego Japończyka, który swoją podróż po Europie zaznaczał wyrywaniem kartek z przewodnika Lonley Planet, na oko 60 % kartek miał już wyrwanych – jak się później okazało nie było to nasze ostatnie spotkanie. Stolica Słowenii jest bardzo przyjemnym miastem, chodzi mi głównie o starówkę, która dzięki wąskim uliczkom i kanałom tworzy niepowtarzalny klimat.

DSC_8360 (1)

Lublana

Pewnego wieczoru chodząc po mieście spotkałem człowieka który mówił o sobie „One man band” i nazywał się Jimmy Jimmy. Piszę o nim dlatego, że był absolutnie niepowtarzalny i bardzo utalentowany. „Let it be” w jego wykonaniu sprawia, że ciary przechodzą po plechach, a piosenki Boba Dylana w jego wykonaniu to mistrzostwo świata. Popijając piwo i oglądając ten osobliwy koncert, zastanawiałem się jak on to wszystko ogarnia. Z gitarą w rękach, harmonijką i mikrofonem przy ustach, perkusja na plechach, podłączony do małego wzmacniacza, tworzy jednoosobową niepowtarzalna orkiestrę, dając niezwykły show. Jimmy jest Amerykaninem i zawodowym włóczęgą, od wielu lat podróżuje po świecie i gra na ulicy – tak zarabia na życie, a że talentu mu nie brakuje, to nie brakuje mu też publiczności którą czaruje, aby po występie sprzedawać płyty jak ciepłe bułeczki.

Szukając dalszego celu podróży, ktoś polecił mi aby odwiedzić Jaskinie Szkocjańskie które znajdują się na zachodzie kraju, nieopodal granicy włoskiej. Nie zastanawiając się długo wyruszyłem w drogę, pociągiem dotarłem do Divacy i dalej busikiem do wioski Skocjan. Jaskinie są wpisane na listę światowego dziedzictwa Unesco i rzeczywiście ten 6-cio kilometrowy kompleks jaskiń jest warty zobaczenia, dość powiedzieć o podziemnej rzece, albo o ogromnych komorach, które sprawiają jakbyśmy przenieśli się na inną planetę, o stalaktytach, stalagmitach czy stalagnatach nie będę nawet wspominał, to trzeba zobaczyć.

DSC_8421

Skocjanske Jame

DSC_8434

Formy kresowe w Jaskini Szkocjanskiej

DSC_8438

Ogromna komora przy wejściu do jaskinii

Po 3 kilometrowej podziemnej przechadzce i zwiedzeniu wsi Skocjan – w której nic nie ma, postanowiłem skierować się w stronę włoskiego Triestu. Do Divacy wróciłem bez problemu, natomiast dalej do Triestu było już gorzej. Jakoś udało mi się złapać stopa do przygranicznej miejscowości Sezana, skąd pieszo udałem się w stronę starego przejścia granicznego myśląc, że tam łatwiej będzie złapać stopa, nic bardziej mylnego – nikt nie chciał się zatrzymać, nikt. Po jakiejś godzinie zrezygnowałem i poszedłem pogadać z innymi autostopowiczami, byli to Czech i Holender, swoja drogą nieźle się dobrali. Chłopaki powiedzieli, że na dzisiaj mają dość, rozbijają namiot, zjarają się i idą spać, a jutro będą próbować dalej. Postanowiłem iść pieszo, co mi tam, nie mogłem zostać na noc bez dachu nad głową. Do pokonania miałem jakieś 12 km. Tak oto maszerując co jakiś czas odwracam się i próbuje kogoś zatrzymać, niestety nikt nie chce mnie podwieźć, przeklinając na czym świat stoi – idę dalej. Nagle sytuacja jak w „Balladzie o szlachetnym czorcie” Łony, tekst piosenki leciał tak:

…”więc zrezygnowany, z myślą o dalszym spacerze się oswajam
i tu zaczynają się jaja!
Bo z piskiem opon wywołującym ból zębów
zatrzymuje się przede mną oto lśniące BMW.
Zza przyciemnionej szyby łysy czort spogląda złowrogo”…

Dalej było podobnie jak w piosence, sympatyczny czort zaproponował podwózkę i takim oto sposobem kilka minut później byłem już w Trieste, ale to nie koniec przeszkód. Znalezienie taniego noclegu okazało się nie lada wyzwaniem, niestety stolica Friuli nie jest zbyt tanim miejscem, dlatego mając do wyboru najtańszy nocleg za 54 Euro albo dworzec – wybrałem dworzec. Ciepło, sympatycznie, wnętrze w marmurach, sami powiedzcie gdzie ja znajdę drugi taki hotel za free? W Trieście nie zabawiłem długo ze względu na wspomniany nocleg, bo miasto jest bardzo ładne – wiadomo Włochy, oni chyba nie maja brzydkich miast.

DSC_8513

Nabrzeże w Trieście

DSC_8526

Ratusz miejski

Po krótkiej wizycie we Włoszech kolejnym krajem na mojej drodze jest Chorwacja, a pierwszym odwiedzonym miastem Rijeka. Noclegi są już dużo tańsze dlatego zatrzymałem się w hostelu nieopodal plaży. W czteroosobowym pokoju mieszkałem z trzema dziewczynami, Rosjanka i dwie Angielki, bardzo porządne dziewczyny – zwłaszcza Angielki. Nie dość, że piły polską wódkę 1906 – przedni trunek (nawet nie wiedziałem, że coś takiego jest), to w dodatku spały topless, opalały się topless i jakby mogły to jeszcze po mieście chodziłyby topless. Kiedyś wchodzę sobie do pokoju, a jedna z nich paraduje nago, zero skrępowania i mina która mówi: „o taka jestem”, w efekcie to ja się zawstydziłem i jako dżentelmen szybko wyszedłem. Moim ulubionym miejscem była plaża na którą raz poszedłem ze wspomnianymi współlokatorkami, a tam cycki, cycki, cycki, oczywiście opalały się topless. Przez to tylko plecy sobie spaliłem i już na plaże więcej nie poszedłem;)

DSC_8590 (1)

Zejście na plaże

DSC_8577 (1)

Rijeka

W Rijece nie zabawiłem długo bo trzeba było jechać dalej, ruszyłem do Zagrzebia. W stolicy Chorwacji drugi raz spotkałem mojego Japończyka, jego mina kiedy mnie zobaczył – bezcenna. Najlepsze jest to, że byłem tam dosłownie przez chwile, a i tak na niego wpadłem. Po raz pierwszy jadłem tam bałkańskie burgery czyli Cevapcici lub Pljeskavice, szczerze mówiąc nie widzę różnicy. W skrócie, jest to grillowane mielone mięso, wołowina lub wieprzowina albo mix obu, do tego krążki cebuli, a wszystko to zapakowane w pitę, lub w bułkę smażoną w głębokim oleju – taki lokalny fast food, mało wyrafinowany, ale smaczny i kaloryczny. Tak jak mówiłem w Zagrzebiu byłem przejazdem, bo jechałem do Plitwickich Jezior. Pojechałem tam trochę od niechcenia ponieważ każdy mówił o tym miejscu opisując je jako: „abosutely amazing, wicked, brilliant, must see” itp. a moja wrodzona nieufność w takich sytuacjach mówi mi: „jezioro jak jezioro, co może być w nim w nim zajebistego?”. Summarum suma, nie żałuje ani trochę ponieważ było tak jak we wspomnianych wcześniej rekomendacjach, nawet zaryzykuje stwierdzenie, że jest to jedne z najpiękniejszych naturalnych miejsc w Europie, serio – jeziora są zajebiste. Cały kompleks tworzy szesnaście jezior krasowych, połączonych ze sobą mnóstwem wodospadów i progów skalnych, do tego woda o turkusowym kolorze – ja przychylam się do stwierdzenia „absolutely amazing”

DSC_8725 (1)

Plitvicke Jezora

DSC_8643 (1)

Plitvice

Według jakichś tam wcześniejszych planów, z Chorwacji miałem powoli kierować się na północ w stronę Polski, ale jak zwykle z moich planów nic nie wyszło bo pojechałem w przeciwnym kierunku do Bośni i Hercegowiny. Zamiast być gdzieś w Budapeszcie, wylądowałem w Sarajewie. Od zawsze Bośnia i Sarajewo kojarzyło mi się z wojna na Bałkanach, która rozpoczęła się po rozpadzie Jugosławii w 1992 roku. W Sarajewie były jedne z najcięższych walk i ich ślady są widoczne do dzisiaj, w sumie walki trwały od 1992 do 1995 roku. Przez ostrzały z okolicznych wzgórz, zniszczeniu lub uszkodzeniu uległy prawie wszystkie budynki. Chodząc po mieście nie raz widziałem dziury po kulach, czy ruiny zniszczonych budynków. Na myśl przychodzą masakry ludności cywilnej, bombardowania, zbrodnie wojenne, o których bardzo dużo mówiło się w Polsce. Jako mały chłopiec oglądając relację Waldemara Milewicza z wojny na Bałkanach, wyobrażałem sobie jakąś odległą krainę gdzieś na południu Europy – chyba dopiero teraz dotarło do mnie, że to było tuż pod naszym nosem. Przed przyjazdem tutaj gdzieś przeczytałem, że w każdym domu jest broń i ludzie nie maja oporów żeby jej używać. Ile było w tym prawdy nie wiem, wiem za to, że nikt do mnie nie strzelał;)

DSC_8946

Ślady wojny

DSC_8941

Zniszczony budynek

W tym samym czasie w mieście odbywał się festiwal filmowy na który się wybrałem, poszedłem na pokaz filmów towarzyszących festiwalowi, ale niestety w kinie nie było już miejsc, dlatego wybrałem się na projekcje w plenerze. Pech chciał, że po pół godzinie zaczął padać ulewny deszcz i jedyne rozsądne rozwiązanie jaki mi pozostało to ewakuacja. Kryjąc się przed deszczem, zobaczyłem pewną osobę, która nic nie robiąc sobie z ulewnego deszczu przechadzała się po ulicach podziwiając architekturę. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, to był… mój Japończyk, trzeci raz go spotykam na swojej drodze i za każdym razem jest śmiesznie. Kiedy mnie zobaczył wyglądał jakby zobaczył ducha, stanął jak wryty i złapał się za głowę, aby po chwili zacząć się śmiać do rozpuku, pogadaliśmy trochę o naszej wspólnej podróży i ustawiliśmy się na jakiś film – śmieszny ten mój Japończyk;) Po powrocie do hostelu zastałem melanż w pokoju – nie było rady – dołączyłem. Sam hostel to była niezła nora, coś jak hotel robotniczy na przedmieściach Rybnika. Popijając zimne piwo i gadając o pierdołach, w pewnym momencie ktoś powiedział, że Amy Winehouse nie żyje. Podchmielone towarzystwo wpadło w jakąś dziwną zadumę i z imprezy zrobiła się stypa. Sytuację uratował pewien Holender, mianowicie dowiedziawszy się o śmierci artystki, powiedział tylko: „A to niespodzianka” i uśmiechnął się szyderczo – atmosfera wróciła do normy. Kiedy wychodziłem po kolejne piwo, spotkałem trzy dziewczyny z Polski, jako że rodaków nigdy się nie wstydzę i chętnie z nimi rozmawiam, porozmawiałem i z nimi. Wszystkie były z Warszawy, ale jedna z nich mieszkała w Paryżu. Na wieść że jestem z Podlasia jedna z nich się ożywiła – ta z Paryża, i zapytała mnie, skąd dokładnie? No to pytam ją, czy wie gdzie są Siedlce? oczywiście wiedziała (prawdę mówiąc to nie było zbyt trudne), no to lecę dalej i pytam, czy wie gdzie są Łosice? O dziwo wiedziała, niepewnie zadałem ostatnie pytanie, Patków? Odpowiedziała tylko, moja babcia jest z Czuchleb. Rzadko opada mi szczęka, ale akurat teraz opadła. Nigdy bym się nie spodziewał, że w Sarajewie spotkam kogoś z moich stron – świat jest naprawdę mały.

DSC_8870

Rynek w Sarajewie

Aha, przypomniało mi się, że byłem też przed teatrem gdzie odbywał się główny pokaz filmów, był czerwony dywan i mnóstwo gwiazd, przynajmniej tak mi się wydaję, bo wystrojeni ludzie otrzymywali mnóstwo braw i błyskały setki fleszy. Tylko ja totalny ignorant stałem znudzony, patrząc na jakichś wmuskanych lalusiów i wypindrzone damy ze sztucznymi uśmiechami. A może byli to artyści pokroju Emira Kusturicy, albo Marko Janjica – nie wiem.

DSC_8882

Festiwal filmowy w Sarajewie

Po ciężkiej nocy wstałem z mega kacem, a w planach miałem jechać do Mostaru, jakoś zebrałem się w sobie, spakowałem graty i poszedłem na dworzec. Męcząc się niemiłosiernie zapakowałem się do pociągu i usiadłem na swoim miejscu. Na szczęście byłem w bardzo rozrywkowym wagonie, naprzeciwko mnie siedział pewien Szwed który był na podobnej bombie i usiłował wykombinować jakiegoś browara. Siedzący obok Czesi zaczęli rozpijać winiacza. W ogóle z tymi Czechami była śmieszna historia, byli to rowerzyści którzy przyjechali do Sarajewa samochodem, a następnie jechali do Mostaru pociągiem,  przez cały czas wlekli ze sobą rowery tylko po to żeby pojeździć trochę po mieście – oczywiście ubrani od stóp do głów w stroje kolarskie. Przypomniało mi się jak kiedyś ze znajomymi byliśmy na rowerach i spotkaliśmy czwórkę innych rowerzystów, rowery wieźli na dachu samochodu, faceci zrelaksowani z piwkami, a kobiety jakieś zrezygnowane powiedziały nam tylko – pół roku przygotowań i przejechanych 14 kilometrów. Tak więc w wypadach rowerowych wcale nie chodzi o to żeby jeździć rowerem;) W pewnym momencie Szwed nie wytrzymał i poszedł szukać wagonu restauracyjnego żeby kupić piwo, po kilku minutach wrócił ze smutną mina. Nie dałem za wygraną i sam poszedłem, w pewnym momencie zobaczyłem konduktora siedzącego w swoim przedziale, zapukałem i grzecznie zapytałem, gdzie mogę kupić piwo? Konduktor tylko na mnie spojrzał i wyciągnął spod siedzenia dużą torbę podróżną pełną piwa:) Sprzedał mi kilka i wróciłem na miejsce, dzieląc się ze Szwedem. Później on kupił i podzielił się ze mną – podróż minęła w mgnieniu oka. Wysiedliśmy w Mostarze, a ja zorientowałem się że nie mam telefonu, pobiegłem szybko do kierownika stacji, ten skontaktował się z kierownikiem pociągu który miał poszukać mojego telefonu. Po kilku minutach kierownik pociągu zadzwonił, że tam gdzie siedziałem żadnego telefonu nie znalazł. Do dziś nie wiem czy ten telefon mi ukradli, czy go po prostu zostawiłem i ktoś go sobie wziął. Ehhh ładny telefon miałem.

DSC_8963

Pociąg do Mostaru

DSC_8890

Dworzec kolejowy w Mostarze

Nic to, trzeba jakoś żyć dalej;) Chodząc po mieście spotkałem znajomego Szweda, leżał pijany na chodniku, widocznie zmęczyło go podróżowanie i postanowił odpocząć;)

DSC_8958

Znajomy Szwed

W Mostarze najsłynniejszą rzeczą jest kamienny Stary Most o wysokości jakieś 20 metrów, który przez lata był symbolem pojednania islamu i chrześcijaństwa, prawosławnych i katolików. Zgodnie z tradycją młodzi mężczyźni aby udowodnić swoją męskość skaczą z tego mostu do rzeki. Obecnie miejscowe chłopaki zrobili z tego niezły biznes i za pieniądze turystów skaczą do lodowatej wody, interes się kręci, bo publika dopisuje i nie szczędzi Ojro. W 1995 roku, w czasie wojny pięciuset letni most został zniszczony przez Chorwatów i został odbudowany dopiero w 2004 roku, głównie dzięki wsparciu Unesco.

DSC_8919

Słynny Stary Most w Mostarze

DSC_8934

Śmiałek skaczący do wody

Podróżowanie po Bałkanach lokalnymi środkami transportu jest zabawne i interesujące, zawsze coś ciekawego się dzieje. Pewnego razu jadąc zdezelowanym autobusem gdzieś w Bosni, w szczerym polu zatrzymała nas policja. Po sprawdzeniu dokumentów i stanu technicznego autobusu funkcjonariusze stwierdzili, że zabierają dokumenty pojazdu i autobus nigdzie nie jedzie, zrezygnowany kierowca przyszedł do nas i powiedział jaka jest sytuacja. W pewnym momencie trójka pasażerów, jakaś kobieta koło 50 lat i jeszcze jakichś dwóch facetów, razem z kierowcą udali się dziarskim krokiem w stronę radiowozu, po dwóch minutach delegacja wróciła jakby nigdy nic, wszyscy wsiedli i odjechaliśmy do miejsca przeznaczenia. Nie wiem czy poszła jakaś łapówka, czy owi pasażerowie mieli jakieś znajomości w policji, niemniej jednak byli bardzo skuteczni w swoim działaniu;) Innym razem jechałem małym busikiem i zaraz po wyruszeniu z dworca wszyscy łącznie z kierowcą odpalili szlugi, w samochodzie szybko zrobiło się siwo, a część pasażerów dodatkowo zaczęła chłodzić się piwem – niezły folklor;)

DSC_9072

W autobusie

DSC_9212

Znajomy spotkany na ulicy

DSC_9322

Klasyczne auto z Jugosławii – Zastava

Bałkany wciągnęły mnie na dobre, po Bośni przyszedł czas na Czarnogórę, przemierzam miasta, miasteczka i wsie. Na pierwszy rzut oka jest to dużo bogatszy kraj niż wspomniana wcześniej Bośnia, jest bardzo chętnie odwiedzany przez turystów, zarówno bałkańskich, rosyjskich, jak i tych z Europy Zachodniej, na pewno dużym ułatwieniem było wprowadzenie Euro, jako obowiązującej waluty. Po przepięknej Zatoce Kotorskiej, udałem się do Budvy. O Budvie napotkani backpackerzy mówili, że jest to czarnogórskie Monte Carlo, jedna wielka imprezownia i ulubione miejsce wypoczynku moskiewskich i belgradzkich bogaczy. Rzeczywiście coś w tym jest bo w porcie stały takie jachty, że kopara opada, setki tysiące dolarów zacumowane przy nabrzeżu robią wrażenie. Poza tym jest bardzo ładnie położone, są tam urokliwe plaże schowane za skałami, czy też bardzo fajna starówka. Życie nocne tego nadmorskiego kurortu jest równie bogate co właściciele wypasionych jachtów, niezliczona ilość klubów przy plaży, gdzie półnagie panienki tańczą na stolikach, a wczasowicze wystrojeni za równowartość całego budżetu mojej podróży chodzą pijani w sztok.

DSC_9065

Jeden z nadmorskich klubów

DSC_9059

Parking na nabrzeżu w Budvie

DSC_9040

Droga na miejską plażę

Długo tam nie zabawiłem, to nie jest miejsce dla mnie, za dużo ludzi, za głośno, za drogo. Wyjechałem stamtąd najszybciej jak mogłem i zatrzymałem się dopiero w Starym Barze. Spotkałem tam trzy Polki, studentki z Lublina które przyjechały ze zorganizowaną wycieczką, ale zostawiły swoja grupę która zajmowała upijaniem się w hotelu i postanowiły zobaczyć choć trochę kraju – słusznie. Stary Bar to nieduże miasteczko, słynące głównie z historycznych ruin zamku, poza tym nie ma tu nic ciekawego, dlatego jeszcze tego samego dnia byłem już w Ulcnij.

DSC_9183

Port w Barze

DSC_9153

Stary Bar

DSC_9082

Meczet w Starym Barze

Na dworcu spotkałem Szwajcarkę która tak jak ja szukała noclegu, więc postanowiliśmy trzymać się razem. Na szczęście miała notatki i polecony jeden guesthouse. Wiedzieliśmy tyle, że znajduje się on koło meczetu i właściciel nazywa się Mario, zaczęliśmy pytać ludzi czy wiedzą gdzie to jest. Pewien chłopak wyciągnął telefon, zadzwonił gdzieś i wskazał jeden z budynków nieopodal meczetu. Drzwi otworzyła nam starsza Pani, jak się później okazało była to matka właściciela, niestety Mario nie było, a z jego matką było ciężko się dogadać, ostatecznie zadzwoniła do syna i przekazała nam słuchawkę. Jak się okazało wszystkie miejsca były zajęte, ale jako że byliśmy z polecenia postanowił nam pomóc i za pół ceny udostępnił nam swój prywatny pokój, w sumie to był pokój jego matki, a ona sama spała w kuchni. Było nam strasznie głupio z tego powodu, ale nie było możliwości zmiany ich decyzji, uparli się żeby nas przenocować i nie było mowy żeby nas wypuścili.

DSC_9210

Ulcnij

DSC_9192

Jeden z rodzinnych portretów w domu Mario

Następnego dnia rozjechaliśmy się każdy w swoja stronę, ja udałem się w stronę Jeziora Szkoderskiego i dalej do Podgoricy, skąd przez Kosowo, dostałem się do Macedonii. Kosowo do dnia dzisiejszego budzi ogromne emocje, zwłaszcza wśród Albańczyków i Serbów. Jedni oczywiście uznali Kosowo jako niepodległe państwo, drudzy do dnia dzisiejszego nie pogodzili się ze stratą. Patrząc na konflikt cywilizacyjny pomiędzy chrześcijańskimi Serbami, a muzułmańskimi Albańczykami zamieszkującymi Kosowo, dodatkowo niedawne, wzajemne masakry ludności cywilnej, sprawiają, że nie zanosi się aby szybko ten spór się skończył. W Kosowie przydarzyła mi się śmieszna sytuacja autobusowa. Jadąc w środku nocy z Prisztiny do Skopje, w pewnym momencie autobus został zatrzymany przez radiowóz który dogonił nas na sygnale, policjanci weszli do środka i chcieli aresztować kierowcę, jak się okazało za… przekroczenie prędkości:) Na szczęście kierowca przytomnie dał im w łapę i pojechaliśmy spokojnie dalej;)

DSC_9225 (1)

Most w Podgoricy

DSC_9220

Centrum Podgoricy

Zastanawiam się po co w ogóle pojechałem do Macedonii, chyba nie wiem. Może dlatego, że transport miałem wcześniej niż do Belgradu, może tylko po to aby się przejechać, tak czy siak znalazłem się w Skopje. O stolicy Macedonii można powiedzieć dużo, ale na pewno nie to, że jest to ładne miasto, wygląda jak typowe postkomunistyczne miasto, dużo betonu i syf, czyli dupy nie urywa. Za to w hostelu trafiła mi się niezła ekipa, Amerykanin, Australiczyk i Szwed, ogólnie rzecz biorąc pijacy i awanturnicy. Mieliśmy wypić po piwku, pogadać, w pewnym momencie Szwed wyciągnął flaszkę – wiadomo Skandynawowie to chlejusy, i się zaczęło. Skończyło się chlaniem na mieście, Australijczyk ze Szwedem się pobili, Amerykanin uciekł i w efekcie zostałem sam. Na szczęście byłem na tyle przytomny, że wracając wsadziłem sobie portfel za majtki, co mnie uratowało bo w pewnym momencie zostałem okrążony przez cygańskie dzieci i tylko czułem jak mi grzebią w kiermanie, na szczęście udało mi się je odpędzić, używając przy tym wszystkich znanych mi przekleństw, oczywiście po Polsku. Na drugi dzień nikt słowem nie wspomniał o poprzedniej nocy, albo nikt nic nie pamiętał, albo nie chciał pamiętać;)

DSC_9262

Skopje, w tle kamienny most gdzie dopadły mnie cygańskie dzieci

DSC_9241

Polski akcent w Skopje

Jako że Skopje nie jest zbyt ciekawe, pojechałem na południe do miasta Ochryda, a tam… sielanka. Już sam fakt, że Ochryda i Jezioro Ochrydzkie są wpisane na Listę Światowego dziedzictwa Unesco, świadczy o tym że jest to miasto wyjątkowe. Jest to typowo turystyczne miejsce, gdzie latem jest mnóstwo różnych imprez i każdy na pewno znajdzie coś ciekawego dla siebie.

DSC_9375

Ochryda

Zatrzymałem się w Sunny Lake Hostel, który uważam za jeden z najprzyjemniejszych hosteli w których byłem. Jest to duży dom przerobiony na hostel, na dole jest część dla wszystkich, czyli kuchnia, salon z grami, lodówka, a na górze są pokoje dla gości, jest ogród z hamakami i grillem, a wszystko bardzo ładnie zrobione i stylowo.

DSC_9238

Piwerko

Raz siedząc i popijając piwko z właścicielem, dołączył do nas pewien Francuz, mniej więcej w moim wieku, przywitał się i jakoś tak wyszło, że dowiedział się, że jestem z Polski. Kiedy to usłyszał, powiedział tylko jedno słowo; „PIEROGI”, pomyślałem sobie, skąd on zna polską kuchnię? Okazało się, że jego babcia jest Polką która wyemigrowała do Francji zaraz po wojnie, lub w jej trakcie – nie pamiętam. W pewnym momencie młody Francuz wyciągnął telefon i zadzwonił do swojej babci, chwilę pogadali po francusku i dał mi słuchawkę. Po drugiej stronie usłyszałem głos starszej kobiety, z mocnym akcentem francuskim, w pierwszej kolejności zapytała mnie, czy mamy co jeść?A następnie, czy jej wnuczek jest grzeczny? Zapytała mnie też, jak się w Polsce żyje? Skąd jestem? itp. Ona sama pochodziła gdzieś z północnej Polski, po wyjeździe wyszła za Francuza i za bardzo nie miała kontaktu z Polakami, dzieci wychowała po francusku, nigdy też nie odwiedziła swojego ojczystego kraju. Wydało mi się to bardzo dziwne, ale cóż, różne są losy ludzkie i niosą ze sobą wiele tajemnic. O nic więcej nie pytałem, na koniec powiedziała, że już jest stara i pewnie niedługo umrze i żebyśmy się dobrze zachowywali. Dla mnie ta rozmowa była czymś niezwykłym, nie wiem dlaczego, może dlatego, że byłem pierwszym Polakiem z którym rozmawiała od lat.

DSC_9407

Źródełko ze Świętą Wodą

W tym samym czasie w Ochrydzie odbywał się festiwal piwa, czyli muzyka, zabawa i… piwo – najbardziej do gustu przypadło mi Skopsko, naprawdę dobre. Byłem na kilku koncertach, jednak gwiazdą wieczoru było dwóch raperów: Toni Zen i Slatkar ze Slatkaristiki. Mimo że nie rozumiem o czym rapują, to od tamtej pory jestem fanem macedońskiego hip hopu, który jest robiony na wzór amerykański, czyli tłuste bity i dużo cycków w teledyskach. Różnica pomiędzy polskimi raperami a macedońskimi jest taka, że oni tam są gwiazdami, celebrytami, są obecni przez cały czas w mediach, zupełne przeciwieństwo rodzimych artystów, którzy raczej stronią od mediów i skupili się na niezależnych kanałach promocji. Ale jak najbardziej macedoński hip hop jest na propsie, mała próbka poniżej.

A Tutaj cos nowszego od Slatkaristiki, tak się robi oneshoty;)

Miałem ochotę pojechać jeszcze dalej do Albanii, ale już nie starczyło czasu i pieniędzy, dlatego z Ochrydy pojechałem do Belgradu, następnie do Budapesztu, czym zamknąłem koło po krajach byłej Jugosławii. Z Budapesztu wracałem pociągiem, a towarzyszyło dwóch Węgrów jadących na Przystanek Woodstock, dzięki temu nauczyłem się bardzo przydatnego węgierskiego zwrotu: „Eged szeged”.

DSC_8230

Czas powrotu

Podsumowując, w sumie odwiedziłem 9 krajów, przejechałem ponad 4,5 tysiąca kilometrów, poznałem masę sympatycznych ludzi, miałem kilka ciekawych przygód i poznałem kawał historii tego regionu. Niestety nie udało mi się dojechać na słynny festiwal trąbek w Guczy i do słynnej zatoki opuszczonych hoteli w Kupari, ale może innym razem się uda.

balkany cala trasa

Trasa mojej podróży po Bałkanach

Reklamy

5 uwag do wpisu “Wyciagniete z szuflady – Balkany 2011 czyli cycki, rakija i festiwal filmowy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s