W krainie bomb i komunizmu – Laos

Kolejnym państwem na mojej drodze jest Laos, najbardziej zbombardowany kraj na świecie, gdzie podczas wojny wietnamskiej zrzucono tu ponad 270 milionów bomb kasetowych. Od zakończenia konfliktu do dnia dzisiejszego ponad 20 tysięcy osób straciło życie lub zostało rannych w wyniku eksplozji niewybuchów. Ponadto jest to kraj komunistyczny i ciężko było uniknąć polityki, niestety doświadczenia mojej ojczyzny z czerwoną zarazą nie wpłynęły pozytywnie na moją ocenę tego ustroju. Sielsko nieprawdaż?

.
Laotańska Demokratyczna Republika Ludowa – bo tak brzmi oficjalna nazwa, jest to jeden z krajów w których ostał się jeszcze komunizm, obok takich rodzynków jak: Chiny, Korea Północna, Nepal, Wietnam i Kuba. Nauki Lenina, Marksa, Engelsa, a także innych czerwonych myślicieli są tu jeszcze żywe, a flaga związku radzieckiego na ulicach nikogo nie dziwi. Ja osobiście widząc czerwona flagę z sierpem i młotem czuje olbrzymi niesmak i zastanawiam się dlaczego zbrodniczy ustrój i osoby odpowiedzialne za zamordowanie tylu niewinnych ludzi, nie są dzisiaj w żaden sposób rozliczani? O ile w Laosie ustrój ten cały czas panuje, o tyle w Polsce nie zrobiliśmy nic aby rozliczyć odpowiedzialne osoby, a w dodatku dzisiaj urządza im się pogrzeby z honorami – wstyd. Dlatego też miałem dylemat, czy aby na pewno powinienem jechać i zostawiać tam swoje pieniądze, wspierając tym samym nielubiany system. Niestety ciekawość zwyciężyła.

flaga związku radzieckiego i laosu

flaga związku radzieckiego i laosu

Zaraz po przekroczeniu granicy gołym okiem widać różnicę pomiędzy Tajlandią a Laosem – jest tu dużo biedniej, budynki, samochody, drogi, wszystko wygląda na zaniedbane. Pierwszym przystankiem na mojej drodze była stolica kraju Wientian. Miasto liczy sobie 180 tys. mieszkańców i czasy swojej świetności ma już dawno za sobą. Kolonialne budynki zbudowane przez Francuzów razem z buddyjskimi świątyniami tworzą centrum miasta i mimo tego, że są już nadgryzione zębem czasu, tworzą całkiem fajny klimat – zwłaszcza po zmroku. Miasto położone jest nad Mekongiem co kompletnie nie jest wykorzystane, oddaliło się od rzeki i pozostało w dystansie do niej. Na nadrzecznym bulwarze oprócz kilku radzieckich i laotańskich flag, nie ma kompletnie nic, dopiero po przejściu ulicy, zaczyna się życie, jest sporo kawiarni, bazar, hotele.

DSC_6821

Mekong w Wientian

DSC_6929

Wspólny aerobik

Któregoś wieczoru wybrałem się na jeden z nocnych bazarów, które są położone tuż przy bulwarze, będąc już prawie u celu usłyszałem muzykę dochodzącą od strony rzeki. Myślę sobie – a co to za dyskoteka? Idąc za muzyką ujrzałem ok. 200 osób ćwiczących aerobik, wszyscy jednakowo w rytm muzyki, a na czele grupy jedna zwinna panna która dowodziła wszystkimi i co chwilę zmieniała układ. Kiedyś widziałem coś takiego na filmikach z Chin, jednakże zobaczyć coś takiego na żywo to niezły ubaw. Innym razem przechadzając się po mieście, zaczepił mnie jeden starszy facet siedzący z kolegami na ławeczce, korzystając z okazji do odpoczynku przysiadłem się na chwilę. Gadamy sobie o pierdołach, oni wypytują mnie, ja ich, aż tu nagle jeden mówi, że jego córka wybiera się w grudniu do Warszawy bo pracować tam będzie jako pielęgniarka. W pewnym momencie ów jegomość zaproponował mi wspólne zjedzenie obiadu z jego rodziną, a przy okazji miałem opowiedzieć trochę o Polsce – umówiliśmy się następnego dnia o godzinie 12 w pobliskiej restauracji. Jeszcze tego samego dnia spotkała mnie podobna historia, mianowicie inny starszy Pan zaproponował mi obiad ze swoja rodziną itp. – teraz już byłem pewien, że coś jest nie tak. Ale nic to, idę w umówione miejsce, spotykam gościa, rodziny niestety nie ma. Gość oznajmia mi, że jednak żona sama coś ugotowała i zaprasza do siebie do domu. Po chwili byliśmy już w drodze do jego domu, jadąc jego skuterem powiedziałem mu, że nie mam dla niego zbyt wiele czasu bo dzisiaj wyjeżdżam, a problemy żołądkowe nie pozwolą mi zjeść z nimi obiadu. I nagle – stop. Skuter się zatrzymał, a ja usłyszałem, że córka pojechała z babcią do szpitala i będzie dopiero o godzinie 2. Umówiliśmy się na 2, do spotkania oczywiście nie doszło;) Sposobów na skręcenie zachodniego turysty jest całe mnóstwo, ale z czymś takim spotkałem się pierwszy raz. Radzę uważać.

DSC_6968

Stary oszust na skuterze

DSC_6852

Ulice Wientian

Jak się okazało, to nie było jedynie dziwne spotkanie w Wientian. Tuż przed wyjazdem poszedłem coś zjeść i przy okazji napić się piwa. W pewnym momencie przysiadł się do mnie jakiś pijany typ i kiedy dowiedział się, że jestem Polakiem zaczął mówić po rosyjsku. Strasznie kaleczył mowę Puszkina, ale dało się go zrozumieć i dowiedziałem się, że kilka lat temu był Moskwie, bo pracował dla… GRU. Niespodziewane spotkanie z laotańskim Jamesem Bondem, rozbawiło mnie trochę, ale jak zaczął wychwalać komunizm i nazywać mnie towarzyszem, to już nie było mi do śmiechu. Mimo że byłem trochę dziabnięty, powstrzymałem się od powiedzenia mu co o tym sądzę i poszedłem w swoja stronę. Może to zasługa czarownika z Bangkoku, który powiedział mi żebym czasami gryzł się w język;)

komunista

Pijak, komunista i szpieg GRU… przynajmniej tak twierdził;)

Zostawiłem Wientian bez żalu i udałem się na północ kraju do Luang Prabang. Oba miasta dzieli niespełna 400 kilometrów, ale ze względu na jakość drogi, podróż zajmuje prawie 12 godzin. Z tego właśnie względu postanowiłem pojechać tam autobusem sypialnym. Nigdy czymś takim nie jechałem i myślałem, że podróż będzie miła i komfortowa – nic z tego. Nie przewidziałem tego, że miejscowe autobusy są przystosowane do rozmiarów azjatyckich i za cholerę nie mogłem się tam zmieścić, pozostało mi zwinięcie się w kłębek i podróżowanie tak jak zwykle.

WP_001329

W sypialnym autobusie

Wszyscy do tej pory spotkani ludzie bardzo zachwalali Luang Prabang i rzeczywiście warto tu przyjechać. Po pierwsze miasto jest bardzo fajnym kolonialnym stylu, gdzie jest mnóstwo małych kawiarenek i restauracji. Zresztą jedną z nich, położoną na urwisku nad rzeką uznałem za jedno z najbardziej romantycznych miejsc w jakich byłem, co rzadko mi się to zdarza – po prostu magiczne miejsce;) Po drugie, w niedużej odległości są bardzo fajne wodospady, gdzie można się wykąpać, a także jaskinie do których obowiązkowo trzeba popłynąć łodzią po Mekongu. Po trzecie, jadłem tutaj najlepszego słodko – kwaśnego kurczaka na świecie, takie rzeczy pamięta się do końca życia, ten smak, ten zapach. Jak sobie o tym przypominam tylko cieknie mi ślinka, mniam, mniam;)

pałac

Pałac w Luang Prabang

wodospad

Wodospady

Mekong

Podczas rejsu po Mekongu

WP_001341

Najlepszy kurczak słodko – kwaśny jaki kiedykolwiek jadłem

DSC_7446

Romanticznie

Jadę dalej, przemierzam wioski i miasteczka, większość Laotańczyków pracuje w rolnictwie – biednie tu. Kieruje się na południe kraju w stronę 4000 wysp, które położone są tuż przy granicy z Kambodżą. Nauczony doświadczeniem nie biorę już autobusów z miejscami sypialnymi, tylko podróżuje małymi busikami razem z miejscowymi. Na ogół wygląda to tak: autobusik mknie po górskich drogach, ludzie stłoczeni na małej przestrzeni, niektórzy siedzą na podłodze, inni tłoczą się w mało wygodnych fotelach, do tego masa pakunków i toreb. W jednym z nich bileter zawinął się w folię i spał na dachu samochodu, podczas jazdy oczywiście – takie klimaty najbardziej lubię. Właśnie w takim busiku poznałem dwóch młodych buddyjskich mnichów, jeden z nich dość dobrze mówił po angielsku co pozwoliło na bliższe ich poznanie. Okazało się, że jechali do stolicy i była to pierwsza tak duża wyprawa w ich życiu, nigdy nie byli tak daleko od klasztoru – czyli jakieś 400km. Obaj uczyli się i dopiero w przyszłości mieli zostać prawdziwymi mnichami. Jeden z nich nie był w swojej rodzinnej wiosce już trzy lata, opowiadał, że bardzo tęskni za rodziną i może dopiero za rok ich odwiedzi. Zatrzymaliśmy się w środku nocy na mały posiłek i papierosa. Obaj nieśmiało spoglądali w stronę jedzących ludzi, znam ten wzrok i zapytałem moich nowych kolegów czy są głodni? Obaj tylko twierdząco pokiwali głowami, spuszczając przy tym głowy. Sam kiedyś byłem studentem i wiem jak to jest, dlatego postanowiłem kupić im obiad.

WP_001344

Poznani w drodze młodzi mnisi

Stojąc przed busem zauważyłem z popielniczkę na papierosy, nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby ta popielniczka nie była zrobiona z… bobmy! Co prawda pustej w środku, ale zawsze bomby. W Laosie to istny fenomen, słyszałem o rozbrojonych bombach używanych do tworzenia ogrodzeń, ławek, stolików czy innych przedmiotów codziennego użytku, ludzie są naprawdę kreatywni w tej materii. Tak jak u nas wykorzystuje się np. stare palety, tak tam stare bomby – nic się nie zmarnuje. Niestety często przy rozbrajaniu takich bomb giną lub są okaleczani zwykli ludzie którzy chcą pozyskać porządny materiał.

20061114-laos-fence

Przykład płotu zrobionego z bomb źródło: http://www.worldpress.org

Tak jak wcześniej wspomniałem, Laos jest najbardziej zbombardowanym krajem na świecie w przeliczeniu na jednego mieszkańca. W okresie od 1964 do 1973 roku podczas wojny wietnamskiej, Amerykanie zrzucili na Laos ponad 270 milionów bomb, jak ktoś sprytnie wyliczył, bomby spadały średnio co 8 minut, 24 godziny na dobę, przez 9 lat! Doprowadziło to do przesiedlenia setek tysięcy ludzi, ogromna ilość wiosek została zniszczona. Szacuje się, że ok. 30% bomb które spadły na Laos w ogóle nie wybuchły, przez co do tej pory ponad 20 tysięcy ludzi zostało zabitych lub ranionych przez niewybuchy. W sumie zrzucono ponad 270 milionów bomb kasetowych, z czego 80 milionów nie wybuchła. Dla porównania jest to o 210 milionów bomb więcej niż podczas trzech bombardowań Iraku w 1991, 1998 i 2006 roku. Skala jest przerażająca.

mapa

Mapa przedstawiająca bombardowania w Laosie źródło: http://legaciesofwar.org

Pewnego razu jadąc w nocy busikiem, wjechaliśmy w sam środek burzy, po kilku kilometrach jazdy zatrzymaliśmy się nie mogąc dalej jechać. Lawina błotna zablokowała drogę. Pojazdy jadące pod górę nie miały możliwości przedostania się przez zwały błota, przez co utworzył się zator. My na szczęście jechaliśmy w dół i jakoś udało nam się przejechać, pozostawiając resztę uwięzionych samochodów za sobą. To tylko potwierdza, że stan dróg w Laosie nie jest najlepszy i można napotkać różne niespodzianki.

Laos

Przykład drogi

Ostatecznie dotarłem do 4000 wysp , jest to miejsce gdzie Mekong niosąc ogromna ilość materiału, stworzył setki małych wysepek porośniętych drzewami, nie wiem czy jest ich 4000, ale jest tego dużo. Na jednej z nich jest mała osada z hotelikami gdzie można tanio przenocować i dobrze zjeść, poza tym jest bardzo popularna wśród backpackerów. Aby się tam dostać trzeba popłynąć łodzią, co tylko dodaje uroku całemu miejscu. Aby lepiej poznać okoliczny teren wybrałem się popływać kajakiem, dołączyłem do jakiejś przypadkowej grupy turystów i popłynęliśmy razem w dół rzeki, nierzadko przedzierając się przez krzaki rosnące w wąskich przesmykach pomiędzy wysepkami. Kajaki lubię od zawsze, dlatego też miałem niezłą frajdę mogąc trochę popływać. Co prawda Mekong to nie Bug, ale też było fajnie;) Dopłynęliśmy aż do miejsca gdzie można obserwować delfiny słodkowodne. Niestety nie podpływają zbyt blisko, ale można je obserwować z odległości, ok. 200m.

4000 wysp

W drodze na wyspę

To byłoby na tyle jeżeli chodzi o Laos. Podsumowując: całkiem w porządku ludzie, kiepski ustrój polityczny, bolesna historia, wspaniała przyroda, świetne widoki, trudna sytuacja ekonomiczna zwykłych ludzi, dobre jedzenie. Jednym słowem, mimo wszystko warto odwiedzić ten kraj.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s