Wyciagniete z szuflady – Haiti

Druga i ostatnia część relacji z podróży po Karaibach. Po Dominikanie przyszła kolej na Haiti. Jest to jeden z najbiedniejszych krajów świata, kraj który w 2012 roku mieścił się w pierwszej dziesiątce wszystkich rankingów najniebezpieczniejszych krajów świata. To właśnie na Haiti powstało VooDoo i jest do dziś praktykowane. To tam piosenkarz jest prezydentem, znają tam Jana Pawła II, Lecha Wałęsę i Grzegorza Late. Haiti jest różne od Dominikany pod każdym względem. Oba znajdują się na jednej wyspie, ale jeden jest latynoski a drugi o kulturze afrykańskiej, jeden jest hiszpańskojęzyczny a drugi francuskojęzyczny, na Dominikanie króluje baseball a na Haiti piłka nożna. Miłej letury.

 
Ostatnie dni upłynęły mi w rytmie merenge, salsy, bachaty, zajebistego jedzenia i świeżo wyciskanych soków… o piwie już nie będę wspominał. Republika Dominikany zaskoczyła mnie odmiennością kultury,  stylu życia, , obyczajów, wszystko było inne – nowe, interesujące, fajne. Mimo tego, że wszystko co fajne szybko się kończy, jest szansa że nowe będzie fajniejsze. Z takim przeświadczeniem wyruszyłem w drogę na Haiti.
Do tej pory wszystkie napotkane osoby, stanowczo odradzały mi wyjazd do tego kraju, argumentując to względami bezpieczeństwa. Ernesto, przewodnik z Santo Domingo przestrzegł mnie, że mój kolor skóry na Haiti nie jest mile widziany i wróżył mi rychłą śmierć, Felisha opowiedziała mi historię amerykańskich misjonarzy zamordowanych na Haiti. Opinie innych były utrzymane w podobnym tonie. Ogólnie rzecz ujmując, morderstwa, gwałty i kradzieże są tam na porządku dziennym, a jakby tego było mało w kraju panowała epidemia malarii. Przyznam że nie spotkałem osoby która by mnie zachęcała do odwiedzenia kraju VooDoo. Musze przyznać, że miałem niezłą rozkmine. Jechać? Nie jechać? Ale zawsze jest tak, że jak coś nie jest do końca bezpieczne, jest zarazem pociągające. Tak więc natura włóczęgi lubiącego trochę adrenaliny zadecydowała – jadę. Poza tym moja szczęśliwa gwiazda nigdy mnie nie zawiodła;)

Wyjechałem z Cabarete na północy Dominikany, czyli miejscowości typowo turystycznej, słynącej z najlepszych na świecie warunków do uprawiania kitesurfingu, poza tym dupy, drinki z palemką, białe piaszczyste plaże i lazurowa woda. To tutaj kiedy siedziałem nad oceanem i łykałem browara, podeszła do mnie dziwka i zaoferowała „loda” za 200 peso! W odpowiedzi usłyszała krótkie, acz treściwe polskie „spierdalaj” – chyba zrozumiała, bo odeszła i już jej więcej nie widziałem. Poza tym Cabarete to idealne miejsce na spokojny wypoczynek, a ja już za chwilę miałem jechać do piekła, gdzie mnie z pewnością zabiją. Ale słowo się rzekło, trzeba jechać.

Po pięciu godzinach jazdy dotarłem do granicy z Haiti w Dajabon. Przekroczyłem ją pieszo, przechodząc przez most na rzece Massacre. W Europie jesteśmy dumni ze strefy Schengen i otwartych granic – tamta granica też była otwarta, nikt mnie nawet o paszport nie zapytał;) Tak więc nie niepokojony przez nikogo, trzymając ręce w kieszeniach spokojnie przeszedłem na drugą stronę. W jednej chwili znalazłem się w innym świecie, różnica jest tak duża że, nawet Steve Wonder by ją dostrzegł. Od razu rzucają się w oczy: zgiełk, zatłoczone ulice, góry śmieci, bałagan i natrętne nagabywanie ludzi do kupienia przeróżnych niepotrzebnych rzeczy. Tak przywitało mnie Haiti, a ja poczułem że moja podróż zaczyna się na nowo.
Do dworca autobusowego, oddalonego ok. 3 km od granicy, dotarłem korzystając z usług miejscowego motocyklisty, który za niewielką opłatą podrzucił mnie na miejsce. W planie miałem dotrzeć autobusem do Cap Haitian. W zasadzie określanie tych pojazdów autobusami to lekka przesada, głównie są to pickupy przystosowane do przewozu ludzi, zwane przez miejscowych Tap Tap. Co ciekawe nie ma limitu miejsc w takich busach. Ile osób się zmieści, tyle jedzie. Momentami jechało ponad 20 osób i towar na dachu, tylu przynajmniej się doliczyłem, choć pewności nie mam bo tłok był taki jak przed otwarciem Biedronki w Łosicach .

1Tap Tap

Przy próbie zlokalizowania właściwego Tap Tap, napotkałem na pierwszą trudność, mianowicie chodzi o barierę językową, okazało się że miejscowi ludzie nie mówią po polsku! A jedyny obowiązujący język to tzw. „broken french” czyli kreolski. Jerome, mój kumpel z Francji mówi, że nigdy nie jest w stanie zrozumieć kreolskiego, a ludziom posługującym się nim tylko się wydaję, że potrafią mówić po francusku – ja tam nie wiem, ja nie gawarju po kreolski. I tak kiedy zastanawiałem się do którego Tap Tap wsiąść, podszedł do mnie młody chłopak, z wyglądu przypominający Wesleya Snipesa i dobrym angielskim zapytał czy może mi jakoś pomóc. Tak oto poznałem Juana, człowieka który później pomógł mi wiele razy. Traf chciał że Juan także jechał w kierunku Cap Haitian, dawnej stolicy Haiti, zwanej przez miejscowych po prostu Cap. Tak oto zaczęliśmy wspólną podróż. Ciekawość Juana nie pozwoliła mu siedzieć obojętnie, więc zaczął mnie wypytywać o cel mojej wizyty tutaj i inne mało ważne pierdoły, puentując wszystko tym, że muszę być szalony skoro tu przyjechałem nie mając żadnych znajomych, noclegu i planu. Po jakimś czasie zaproponował mi nocleg w domu jego matki. W sumie większego wybory nie miałem, bo baza hotelowa w tym rejonie kraju nie istnieje. Nie zastanawiając się długo, przystałem na propozycję Juana, udając się do domu jego matki nieopodal Cap. Zapadał już zmrok kiedy dotarliśmy na miejsce, tam powitali nas Jacqueline i Juan, czyli matka i ojczym Juana.

2Juan i Jaqueline

Dom z zewnątrz przypominał blaszany garaż, bez okien, bez bieżącej wody i bardzo mały. Mimo to serdeczność z jaką zostałem powitany, przekonała mnie do tego że był to dobry wybór, postanowiłem więc nie narzekać na robaki i zostać na noc. Na kolację Jacqueline podała pysznie przyrządzone mięso z bażanta, z ryżem i fasolą, co stanowiło idealne zwieńczenie dnia. Spałem jak dziecko.

Następnego dnia obudził mnie zapach świeżo parzonej kawy unoszący się w całym pomieszczeniu, była 7 rano, domownicy przygotowywali się do wyjścia do pracy na pobliskiej farmie.

3Dom Juana i Jaqueline

Przy śniadaniu Juan powiedział, że udaje się do rodziny która mieszka w Trou-du-Nord i że jeżeli chcę to mogę z nim jechać. Zgodziłem się, uznając że będzie to dobra okazja do lepszego poznania życia zwykłych ludzi, poza tym z kimś miejscowym czułem się pewniej. Po drodze wstępując do kuzynów Juana. Marc i Panel bo tak mieli na imię, potwierdzili tylko moją opinie o ludziach z Haiti że, są bardzo mili, mieli oni sklep co sprawiało że byli poważnymi obywatelami. Było sobotnie popołudnie, a Marc wielki fan Messiego i Barcelony włączył transmisję meczu Deportivo vs. Fc Barcelona. Telewizor był bardzo mały 15 calowy i śnieżył, kiedyś można było takie kupić od ruskich na pobliskim bazarze. Jednak to nie było przeszkodą aby wspólnie obejrzeć mecz. Po chwili od rozpoczęcia meczu, wokół nas zrobiło się małe zbiorowisko, ok 10 osób chcących obejrzeć futbol z Europy w najlepszym wydaniu.

4Wspólne oglądanie meczu Deportivo vs. Fc Barcelona

 

Jak się później dowiedziałem, Marc był właścicielem jednego z nielicznych telewizorów w okolicy, stąd to małe zbiorowisko. Miał też inny biznes poza sklepem, zarabiał ładując telefony komórkowe miejscowym mieszkańcom, ponieważ wszyscy mają telefony, ale nie wszyscy mają prąd w domu. Wracając do piłki nożnej, jest jedna rzecz niezmienna na całym świecie, nie podlegająca żadnej dyskusji, Lionel Messi jest najlepszym piłkarzem świata. Dla mnie jako fana Realu nie jest to łatwe stwierdzenie, ale taka jest prawda. Kolejną rzeczą którą sobie uświadomiłem, to był fakt jak reagowaliśmy na emocjonujące sytuacje w meczu, bez względu na narodowość, kolor skóry, różnice kulturowe, reagowaliśmy tak samo. Te same emocje, te same przeżycia, ta sama pasja, wkurwienie, szczęście, smutek. Piłka nożna to prosta gra, potrafi łączyć, ale też i dzielić, dlatego nie wspominałem o tym, na mundialu w RFN w 1974 roku wygraliśmy z nimi 7:0, po trzech bramkach Szarmacha, dwóch Laty i jednej Deyny i Gorgonia:) Po zakończeniu meczu pożegnaliśmy się z gospodarzami i udaliśmy się do domu wujka Juana, który mieszkał na drugim końcu miejscowości. Po przybyciu na miejsce zastaliśmy całą rodzinę w komplecie, czyli wujek mojego towarzysza z żoną, ich dwóch synów z żonami i ich dzieci, razem 13 osób.

 

5Właściciel leżący w progu domu

 

 

Wszyscy mieszkali razem, w dwóch domach znajdujących zaraz obok siebie. Na kolację została podana ryba z ryżem, w smaku przypominająca  nasz „paprykarz szczeciński” – niezła szama. Dom był duży złożony z pięciu izb, gdzie każdy miał swój kąt, mi jako gościowi honorowemu przypadła największa izba, z dużym miękkim łóżkiem. Ciekawostką jest fakt że sufit w tym pomieszczeniu cały był wyłożony wytłaczankami po jajkach, co przypominało studio nagraniowe. Ot taka haitańska moda widocznie. Polscy dizajnerzy mogą się wzorowaćJ

 

6Sufit z wytłaczanek

 

Po ok. pół godzinie od zapadnięcia zmroku, zarówno światło w domu, jak i światło na ulicach było wyłączane. Przerwy w dostawie energii z powodu przeciążenia linii energetycznych, zdarzają się codziennie z precyzyjną regularnością -zegarek nie był potrzebny.

Następnego dnia miałem okazję bliżej poznać domowników, wszyscy okazali się bardzo mili, uprzejmi, dumni i honorowi . Nie mieli żadnego problemu żeby przyjąć pod swój dach obcego człowieka. Najzabawniejsze były dzieciaki. Dowiedziałem się że nie miały zbyt wielu okazji do poznania białego człowieka, toteż budziłem niemałe zainteresowanie, wśród najmłodszych mieszkańców, coś jak małpa w ZOO. Bywało że dzieci przychodziły tylko popatrzeć na mnie, te bardziej ciekawskie i odważniejsze dotykały moich włosów i skóry, przez co czułem się jak jakaś atrakcja turystyczna. Niemałą atrakcją, która budziła zainteresowanie zarówno wśród dorosłych jak i dzieci, był mój aparat fotograficzny. Dzieciaki  miały niesamowitą frajdę mogąc oglądać swoje zdjęcia i filmiki na wyświetlaczu, przez co jak tylko wracałem do domu, prosiły mnie o malutką sesje fotograficzną a później je oglądały. Z kolei ja też miałem  frajdę widząc uśmiech na ich twarzach. Może Ci ludzie nie maja zbyt wiele, może nie maja wielkich perspektyw przed sobą, żyją w biedzie, ale często się uśmiechają i nie tracą humoru.

7Dzieciaki pozujące do zdjęcia

 

8Dzieciaki niosące wodę do domu

Kolejne dni upłynęły mi na poznawaniu okolicy i jej mieszkańców. Nieraz idąc ulicą byłem nazywany przez miejscowych „blanc” czyli biały. Czy to jest rasizm? Nie wiem. Czasami ktoś prosił o jedzenie, czasami ktoś coś powiedział niemiłym tonem, ale ogólnie bez incydentów. Tylko raz jak czekałem na Tap Tap, to lokalni przewoźnicy walczyli o pasażera, walczyli w dosłownym znaczeniu tego słowa. Zaczęło się od kłótni, następnie mała szarpanina i akcja końcowa – markowany atak deską z wbitym gwoździem na końcu. Oczywiście nikomu nic się nie stało. Ktoś tylko poradził mi żebym wsiadał do najbliższego TapTap do Cap. Ostatecznie dotarłem do Cap, okazało się ono jeszcze bardziej zatłoczone, jeszcze bardziej hałaśliwe i jeszcze bardziej zaśmiecone niż miejscowości w których dotychczas byłem. Jako że Cap to dawna stolica Haiti, to i przyciąga turystów. Spotkałem jednego! Widząc mnie wydawał się równie zaskoczony co ja. Ulice w Cap wyglądają jak jeden wielki bazar, z powodu braku pracy wszyscy zajęli się handlem, każdy coś sprzedaje. W myśl zasady: „taniej kupię, drożej sprzedam, hajs się musi zgadzać”. A sprzedają wszystko, od ubrań, rzeczy codziennego użytku, poprzez papierosy sprzedawane na sztuki, bimber, aż po stare części rowerowe. Nie lada wyczynem w Cap okazało się dla mnie wypłacenie pieniędzy z bankomatu, mimo że banków tam nie brakuje i teoretycznie nie jest problem, jednak wskutek dziwnego splotu wydarzeń czynność ta zajęła mi dobre trzy godziny. Co ciekawe przy wejściu do każdego banku, wszyscy są skrupulatnie przeszukiwani przez ochronę, za pomocą wykrywacza metali, sprawdzane są torby. Sceny niczym z lotnisk po zamachu 11 września. Kolejnym „egzotycznym” elementem jest strażnik z shotgunem przy każdym bankomacie, nie ma opcji kradzieży, no chyba że jesteś lepiej uzbrojony:)

 

9Zgiełk uliczny w Cap Haitian

 

10Cap Haitian

 

Następny dzień był moim ostatnim na Haiti, po pożegnaniu z gospodarzami udałem się w stronę granicy z Dominikaną. Po dotarciu na  miejsce, ku mojemu zdziwieniu okazało się granica jest szczelnie zamknięta i każdy jest dokładnie sprawdzany przez straż graniczną. O ile po stronie dominikańskiej pogranicznicy wyglądają profesjonalnie, mają mundury, broń i radia, to po drugiej stronie nie mają żadnych oznak że są ze służb. W przejściu zatrzymał mnie jakiś facet w jeansach, białym polo ze znaczkiem adidasa i zażądał paszportu. Olewając gościa próbowałem przejść, jednak zagrodził mi drogę kijem i zatrzymał, nie miałem wyjścia, musiałem pokazać mu paszport. W tym momencie pojawił się problem bo nie miałem pieczątek z wjazdu. Próbowałem tłumaczyć się tym, że mi nie wbili jak przekraczałem granicę, jednak na nic się to zdało, gość był nieugięty i mówił że sam powinien się zgłosić do ich biura. Za przepuszczenie mnie chciał w łapę 5 dolarów. Skoro prośby nie pomogły to może groźby pomogą, zacząłem się kłócić z gościem w białym polo, który twardo stał przy swoim. Jego kolega słysząc naszą kłótnie, wziął mnie na bok i powiedział że puści mnie za trzy dolary, ostatecznie dałem im te trzy dolce i pojechałem dalej.

W taki oto sposób dobiegła końca moja wyprawa na Haiti. Patrząc z dystansu nie jest to kraj łatwy dla turysty, białego turysty, zwłaszcza nie znającego języka. Niemniej jednak jest warty odwiedzenia i bliższego poznania. Jest to kraj o kulturze afrykańskiej, co jest spuścizną po niewolnikach przywiezionych tu przez francuzów podczas ery kolonialnej. Obecnie jest to jeden z najbiedniejszych krajów świata. Ludzie żyją w biedzie, bez większych perspektyw na poprawę bytu. Jednak mimo wszystko są otwarci, serdeczni i mili. Nie polecam go ludziom nastawionych na wygody, baza turystyczna praktycznie nie istnieje, hotelików nie jest zbyt dużo. Moim zdaniem jest to raj dla fotografów, ale z drugiej strony trochę strach wyciągać aparat, bo za chwilę można go stracić. Dodatkowym plusem może być brak turystów. Z bezpieczeństwem na Haiti bywa różnie, mnie osobiście nic nie spotkało, jednak historie wcześniej słyszane o czymś świadczą i sprawiają że człowiek robi się bardziej uważny. Przez cały czas są tam obecne wojska ONZ, a widok wozu opancerzonego i w pełni uzbrojonych żołnierzy w błękitnych hełmach patrolujących ulicę, nikogo nie dziwi. Rzeczą która stanowi prawdziwą zmorę tego kraju są klęski żywiołowe. Kraj jeszcze się nie pozbierał po trzęsieniu ziemi  z 2010 roku, gdzie zginęło 316 tys. osób, a ok. 3 milionów ucierpiało w inny sposób. W tym roku został dotknięty klęską suszy. A jak się dowiedziałem później, dzień po moim wyjeździe, min. w rejon w którym byłem uderzył huragan Sandy, zabijając 65 osób, a setki pozbawiając domów, powodując powodzie. Eksperci szacują że ok 70 % upraw zostało zniszczonych, przez co nad krajem zawisło widmo głodu. Sandy to ten sam huragan który uderzył później w Nowy Jork, o szkodach w NY wiedział cały świat, natomiast o szkodach na Haiti prawie nikt. Tak to już jest w dzisiejszym świecie, że jedni są ważniejsi od drugich.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s