Wyciagniete z szuflady – Dominikana

Tym razem wrzucam odkurzone wspomnienia z  Dominikany. Podróż tą odbyłem jesienią 2012 roku, przy okazji odwiedzając Paryż, Dominikanę, Haiti i Londyn.

Dzień nie zapowiadał się zbyt ciekawie, nudny jesienny poranek, za oknem zimno i mgliście. Kubek kawy i Antyradio niewiele pomogły. W perspektywie godzinne stanie w korku, a później praca. Ostatnio często wracam myślami do mojego ostatniego włóczenia się po Bałkanach. Ehh dobre wakacje to były, a gdyby tak gdzieś pojechać? Tylko gdzie? Wszędzie chciałbym… W pewnym momencie trafiłem na info z promocja linii AirCaraibes do Santo Domingo na Dominikanie. Karaiby? Plaże, drinki z palemką i luksusowe kurorty? To nie dla mnie. Ale co ja będę tam robił? Dobra, chuj w to, jadę! Na miejscu się zobaczy co i jak. Tak zaczęła się moja podróż na Karaiby. Lot był z Paryża, więc na szybkiego dokupiłem dolot, spakowałem plecak, zabrałem ulubione książki i ruszyłem w drogę.

Pierwszy etap stanowił podróż pociągiem z Warszawy do Wrocławia, skąd miałem lot do stolicy Francji. Pociąg ruszył ze stacji Warszawa Centralna punktualnie o godzinie 22:50, zaznaczam że punktualnie, bo z PKP to nigdy nic nie wiadomo. Dalej już było jak w kawałku Łony pt. Gdańsk – Szczecin. Na początku zaskoczenie porządnym serwisem, a z biegiem czasu powrót do normalności. Przez całą noc, czas umilali mi przesympatyczni pensjonariusze udający się do sanatorium w Karkonoszach, jeden z nich był chyba zawodowcem, bo wiedział wszystko nawet o najmniejszych sanatoriach, od jedzenia w stołówce, po okoliczne atrakcje (o kobiety oczywiście chodzi). O godzinie 6:00 rano pociąg zatrzymał się na stacji Wrocław Główny. W końcu uwolniłem się od wysłuchiwania o sanatoriach i najdziwniejszych chorobach związanych z ich bywalcami. Miałem 11 godzin do lotu, kupa czasu. Postanowiłem go wykorzystać na tropienie wrocławskich krasnali i fotografowanie ich. Za każdym razem kiedy jestem we Wrocławiu, odkrywam kilka nowych krasnali, nie inaczej było i tym razem, zawsze cholery gdzieś się schowają.

dom
Spragniony i zmęczony poszukiwaniami postanowiłem udać się do Spiżu na moje ulubione piwo pszeniczne z chlebem ze smalcem. Ten zestaw nigdzie indziej nie smakuje tak dobrze jak w Spiżu. Niby można to w wielu knajpach zjeść, ale Spiż to Spiż. Koniec kropka.

W międzyczasie się rozpadało, co tylko przyspieszyło mój wyjazd na lotnisko. Po raz pierwszy leciałem z lotniska we Wrocławiu, więc do końca nie wiedziałem jak daleko jest ono oddalone od centrum, więc postanowiłem wyjechać troszeczkę wcześniej. W końcu lepiej być wcześniej niż się spóźnić. O godz. 15:30 stawiłem się na lotnisku. Szybkie  zdanie bagażu, odprawa i poszedłem spać. Po całonocnej podróży pociągiem i zwiedzaniu miasta, było to jak zimne piwo w upalny dzień.

Samolot wystartował o czasie, lot był krótki ale bardzo przyjemny, głównie ze względu na współpasażerkę, która interesującą rozmową umiliła mi czas. Wylądowaliśmy o godzinie 19 w podparyskim Beauvois, skąd autobusem udałem się do centrum Paryża, by po dwóch godzinach usiąść na Trocadero z pięknym widokiem na Paryż i wierzę Eiffela, przy okazji jedząc parówki i popijając je Żywcem. Bardzo romantycznie;)
dom 2

Tej nocy w planie miałem dostać się na lotnisko Orly gdzie miałem przekimać. Było 30 minut po północy gdy dotarłem do stacji metra Antony, gdzie na miejscu dowiedziałem się że metro na lotnisko już nie jeździ. Jedyną szansą na szybkie dostanie się na lotnisko była taksówka. Taksówkarz/Cierp/Złotówa (niepotrzebne skreślić) za jedyne 16 euro podwiózł mnie pod wejście do terminala. Zmęczenie dało o sobie znać, ponieważ nawet twarde lotniskowe siedziska z podłokietnikami nie przeszkodziły mi w tym żeby dość dziwny sposób ułożyć się i szybko zasnąć. Hałasująca obsługa lotniska obudziła mnie o  6 rano, szybka toaleta w lotniskowej ubikacji i śniadanie. Zaserwowałem sobie pyszne i pożywne kabanosy z Lidla i bagietkę. Po takiej dawce witamin można było spokojnie rozpocząć dzień. Pozostało oczekiwanie na trzeci etap podróży, czyli na lot do Santo Domingo, który był dopiero o godzinie 12:30. Samolot miał jeszcze międzylądowanie w Port-Au-Prince na Haiti.

Po 12 godzinach wysiadłem na lotnisku w stolicy Dominikany. Zaraz po wyjściu z terminala zostałem osaczony przez tłum taksówkarzy proponujących mi „najtańszy i najszybszy” dojazd do centrum. Taksówkarze na całym świecie są tacy sami, zrobią wszystko żeby orżnąć klienta. Ci w Santo Domingo są w uprzywilejowanej sytuacji ponieważ na lotnisko nie ma transportu publicznego. Po kilkuminutowych negocjacjach, uświadomieniu taksówkarza że nie jestem „americano” i nie zapłacę mu za kurs 40 dolarów, ustaliliśmy cenę na 25 dolarów. Jak się później dowiedziałem, wytargowałem bardzo dobrą cenę. Nocowałem w Condo Parqe Hostel prowadzonym przez bardzo sympatycznego szwajcara o imieniu Walter. Walter był to około 60 letni jegomość, niski i krępy, w okularach z grubymi oprawami, z niesamowitym poczuciem humoru, poza tym na przedramionach i łydkach miał tatuaże, co sprawiało że wyglądał jak podstarzały pirat, który zamienił statek na przytulny hostel. Zaraz po zameldowaniu spotkałem sympatyczną dziewczynę o imieniu Felisha. Była to 26 letnia amerykanka także podróżująca samotnie. Od razu się zakumplowaliśmy, okazało się mamy podobne zainteresowania, pogląd na świat i ogólnie życie. Po dłuższej rozmowie i kilku piwach, doszliśmy do wniosku że po Dominikanie będziemy podróżować razem, traf chciał że oboje zarezerwowaliśmy miejsce w hostelu Waltera na trzy noce. Kolejnym argumentem za wspólną podróżą, był fakt że Felisha świetnie mówiła po hiszpańsku, dzięki czemu wiele razy bardzo mi pomogła.

3
Santo Domingo jest stolicą republiki Dominikany, ma ok. 2 milionów mieszkańców i jest pierwszym miejscem  w „Nowym Świecie” gdzie przybył Krzysztof Kolumb, przy okazji odkrywając  Amerykę. Słynie z dzielnicy w pięknymi budynkami w stylu kolonialnym, zwanej Zona Colonial i równie słynnej ulicy z burdelami. Poza tym są trzy linie metra… ja byłem w szoku. Spędziłem tam trzy dni i generalnie poza zwiedzaniem Zona Colonial nie można robić tam zbyt wielu ciekawych rzeczy. Rzeczą którą najmilej wspominam jest jedzenie w jednej z miejscowych knajpek, świeżo wyciskany sok i pierś z kurczaka w sosie czosnkowym, podanym z ryżem i fasolą. Powiem szczerze, że był to jeden z najsmaczniejszych posiłków jakie w życiu jadłem. Z ciekawostek dowiedziałem się że właśnie w stolicy Dominikany kręcona byłą druga część Ojca Chrzestnego… prawie jak na Sycylii. Sam byłem przekonany że na ekranie widzę południowe Włochy;) Razem z Felishą nastepnego dnia wybraliśmy się do pobliskiego Parku Narodowego zobaczyć podobno piękne jaskinie. No i jak się okazało, widok jaskiń dupy nie urywał, widziałem ładniejsze choćby w Słowenii.

4
Po trzech dniach w stolicy, udaliśmy się do górskiej miejscowości Jarabacoa, gdzie zostaliśmy na kolejne dwa dni. Wybór padł na Jarabacoe, ponieważ okazało się że oboje lubimy łazić po górach. Poza tym, jak mam do wyboru trekking albo leżenie na plaży to zawsze wybiorę trekking. Jak będę stary to będę leżał na plaży, teraz wolę inne rzeczy. Zaraz po przyjeździe znaleźliśmy nocleg w Jarabacoa Hostel. W rzeczywistości był to dom z czterema pokojami, wielkim salonem i kuchnią, wszystko do naszej dyspozycji za jedyne 9 dolarów za noc. Po zrzuceniu gratów, zaczęliśmy trekking. Towarzyszył nam miejscowy przewodnik Antonio, zwany Hugo, który zadeklarował się do pokazania okolicy. Głównym celem były dwa wodospady, umiejscowione w środku dżungli. Podobno przy jednym z nich kręcono Jurassic Park, nie wiem, nie poznałem miejscówki.

5
Idąc przez dżunglę do innego wodospadu, w pewnym momencie zobaczyłem węża leżącego na ścieżce, leżał sobie skurwiel na środku, nic sobie nie robiąc z tego że przeszkadza pieszym. Ominęliśmy go szerokim łukiem i poszliśmy dalej. Drugi wodospad nie był znany z żadnego filmu, ale za to można było się wykąpać w kipiącej wodzie, minus był taki że woda była zimna, ale za to orzeźwiająca. Po powrocie do hostelu, udaliśmy się na tańce. Jako że jestem urodzonym tancerzem, postanowiłem ograniczyć się do siedzenia i popijania zimnego Presidente, czyli piwa nr jeden na Dominikanie. Niestety nie do końca mi się to udało. W międzyczasie przyznałem się do tego że nie umiem tańczyć, co spowodowało, że pewna miejscowa dziewczyna za punkt honoru postanowiła nauczyć mnie tańczyć. I tak, zaczynając od bachatty, poprzez salsę aż po merenge, jak dla mnie to zbyt wiele jak na jeden wieczór, ale po kilku piwach zacząłem ogarniać. Drugi dzień zaczęliśmy od raftingu po wartkiej górskiej rzece, co prawda raz wypadłem z pontonu, ale dupę uratował mi koleżka siedzący obok, później ja go wyciągałem z rzeki. Generalnie obyło się bez większych strat. Towarzyszyła nam para z Meksyku która tak jak my podróżowała po Dominikanie. Kiedy bieg rzeki się trochę uspokoił, nasz sternik zatrzymał ponton i zeszliśmy na brzeg. W pewnym momencie wskazał 6 metrową skałę i zapytał czy chcemy z niej skoczyć. O dziwo wszyscy się zgodzili. Po wejściu na górę już nie było tak łatwo, kobieca część ekipy miała jakieś wątpliwości co do sensu tego skoku, skoczyły dopiero po kilku motywujących okrzykach.  Chłopaki nie mieli żadnych wątpliwości. Swoją drogą niezła frajda, polecam. Następnym elementem był paragliding zrobiony totalnie na spontanie. Zawsze o tym marzyłem, a tu niespodziewanie nadarzyła się okazja na realizację tego marzenia, nie mogłem przepuścić takiej okazji. Namówiłem też Felishę do lotu, na co się zgodziła, mimo że umierała z przerażenia, podziwiam za odwagę. Sam lot trwał około 30 minut i nie był aż tak ekscytujący jak myślałem, jak dla mnie za wolno. Ale wspominam go bardzo sympatycznie, kolejne ciekawe doświadczenie.

6
Następnego ranka, mieliśmy się wymeldować z hostelu i udać się nad morze do miejscowości Samana, niby prosta sprawa ale nie tym razem. Jak już wspomniałem nocowaliśmy w domu zaadaptowanym na hostel, a właściciele mieszkali dwa domy dalej, dodam tylko, że to był dom świadków Jehowy.  Z samego rana poszedłem do nich żeby zapłacić, niestety nikogo nie zastałem, a po powrocie na stole w naszym salonie znalazłem kartkę z wiadomością od właścicieli. Napisali, że musieli wcześnie rano wyjechać i żeby pieniądze i klucze zostawić w pokoju na szafce, a na drzwiach wejściowych zapiąć kłódkę. Szczęka opadła mi do samej ziemi jak to przeczytałem, pierwsza myśl.. spierdalamy. Druga myśl, WOW w moim kraju nikt by mi tak nie zaufał. Trzecia myśl, robię jak chcą;)

7

Zostawiliśmy pieniądze, zapieliśmy kłódkę na drzwiach i udaliśmy się na dworzec. Na dworcu miałem dość śmieszną sytuację, mianowicie pewien zacny jegomość, łamaną angielszczyzną zapytał mnie skąd jestem, na co odpowiedziałem mu zgodnie z prawdą, że Polonia itp. Ciekawski facet ze zrozumieniem pokiwał głową i odszedł. Jednak po chwili wrócił i zapytał o jeszcze jeden istotny szczegół: Jak daleko to jest od Nowego Jorku? Po takim pytaniu nie wiadomo co odpowiedzieć, ale wyjaśniłem mojemu rozmówcy że Polska to nie miasto w USA tylko kraj w Europie, jegomość ponownie ze zrozumieniem pokiwał głową i odszedł. O nic więcej już nie pytał.

Po raz pierwszy podczas podróży po Dominikanie, postanowiliśmy skorzystać z Gua Gua, czyli małych busików przewożących ludzi. Jest dość tani i wygodny sposób przemieszczania się, aczkolwiek czasami bywa to problematyczne. Jest to związane z tym że dworce gua gua są zlokalizowane przy drogach wylotowych na obrzeżach miast, przez co w mieście takich dworców jest kilka i sztuka polega na tym ,żeby trafić na właściwy.

8
Przy kilku przesiadkach, podróż do Samany zajęła nam niemal cały dzień. Jest to miejscowość nad morzem, typowo turystyczna, słynąca ze styczniowych wypraw na ocean w celu obserwowania humbaków – nie mylić z Humbakiem z „Mlecznych” W październiku wielorybów tam ni widu ni słychu, więc następny dzień spędziliśmy na pobliskiej wyspie, opalając się o popijając Pinacoladę, Coco Loco, piwo, whiskey i rum. Jako że dzień był leniwy i sprzyjał przemyśleniom, Felisha pokazała mi zdjęcie z hostelu gdzieś w Panamie, na którego ścianie była zapisana taka oto myśl autorstwa Boba Marleya: „love the life you live, live the life you love”. Tak mi się spodobało, że zapisałem sobie to na pierwszej stronie przewodnika. W drodze powrotnej na ląd, spotkał nas zaszczyt wysłuchania miejscowego  muzyka, który ani nie umiał grać na gitarze, ani nie umiał śpiewać, ale jednocześnie był tak miły i sympatyczny że na koniec nawet dostał 200 peso za show.

DSC_9068

 

Kolejnym etapem wspólnej podróży z Felishą, była miejscowość Las Terrenas. Spędziliśmy tam trzy ostatnie wspólne dni. Była to kolejna nadmorska miejscowość, z przepięknymi plażami i turkusową wodą.

9

 

Po przybyciu na miejsce i zasięgnięciu języka, dowiedzieliśmy się że  jedną z głównych atrakcji znajdujących się w pobliżu był wodospad El Limon. Reszta dnia upłynęła nam na szwendaniu się po okolicy i próbowania miejscowych specjałów. I tak idąc przez miasto postanowiliśmy wstąpić do restauracji La Cocina Dominicana – polecam – nie dość że zjedliśmy tam przepyszny obiad, to jeszcze spotkaliśmy bardzo sympatycznych ludzi. Szef kuchni a zarazem właściciel Andy, człowiek od którego biła niesamowicie pozytywna energia, co było też czuć w jego potrawach, a jednocześnie z jego twarzy nie znikał uśmiech. Pracowała z nim Caterina która była barmanką i kelnerką, dziewczyna była prześliczna, powalała urodą a zarazem sprawiała wrażenie niewinnej, nieśmiałej, szczerej dziewczyny. Nie było innego wyjścia, polubiliśmy ich od razu. Wychodząc serdecznie się pożegnaliśmy i umówiliśmy się na wieczór na imprezę. Niestety Andy musiał wracać do żony, tak więc umówiliśmy się z Cateriną i jej mężem Angelem. Angelo postanowił nam pokazać jak wygląda lokalna dyskoteka, tak więc wsiedliśmy na motocykle i udaliśmy się na dyskotekę która była zorganizowana na miejscowej stacji paliw. Po przybyciu na miejsce zastaliśmy około 200 bawiących się młodych ludzi, ciekawe jest to że prawie każdy przyjechał tutaj motocyklem i niemal każdy pił alkohol. Zaraz po wejściu poczułem, że wzrok wielu ludzi skupia się na mnie, chyba byłem tam jedynym człowiekiem o białym kolorze skóry, Angelo chyba też to zauważył i po jednym piwie zmieniliśmy lokal.

Następny dzień poświęciliśmy na El Limon, dostaliśmy się doń za pomocą gua gua i konia. Jazda na konno była czystą frajdą, zważywszy na to że ów koń był półautomatyczny, znał drogę i sam zmieniał biegi, także podróż odbyła się bezproblemowo, szybko, tanio i ekologicznie. Po dotarciu na miejsce, obowiązkowa kąpiel przy wodospadzie. Sam El Limon przedstawiał się majestatycznie, wysoki, o szerokim warkoczu wody wartko spadającej po ścianie. Widok robiący duże wrażenie.

10

 

Kolejny dzień był ostatnim dniem wspólnej podróży z Felishą, która musiała wracać na Florydę. Od tej pory podróżowałem samotnie, a brak Felishi odczułem niemal od razu, przy okazji wyjazdu z miasta i próbie dogadania się odnośnie właściwego gua gua, oczywiście dogadałem się, ale gdybym znał język byłoby mi łatwiej. Następnym moim przystankiem było Cabarete, czyli według wielu miejscowość gdzie są najlepsze na świecie warunki do kitesurfingu.

11

Postanowiłem zostać tu kilka dni, znalazłem tani hostel który miał nawet basen i oddałem się błogiemu lenistwu. Dni upływały mi po znakiem szwendania się po okolicy i poznawania miejscowych ludzi i knajp. Jako że w owym czasie turystów było niewielu, non stop ktoś chciał mi coś sprzedać, gdzieś podwieźć, jakoś pomóc, za pieniądze oczywiście. Rzeczą którą koniecznie chciałem zrobić było odwiedzenie 27 wodospadów w Damajagua, mój LonleyPlanet radził żeby to zrobić z lokalnym operatorem, ponieważ tylko oni są w stanie zabrać do wszystkich 27 wodospadów. Po zorientowaniu się, że kosztuje to u nich 80 dolarów, postanowiłem zrobić to po swojemu. Z pomocą przyszedł mi John, człowiek który kiedyś zajmował się oprowadzaniem turystów, a obecnie pracował w sklepie z pamiątkami. Umówiliśmy się że następnego dnia mnie tam zabierze, cenę uzgodniliśmy na 1000 peso, czyli ok 25 dolarów. Wyruszyliśmy z samego rana. Okazało się że John nie może normalnie funkcjonować beż wypicia kilku łyków ożywczego rumu i tak łyk za łykiem, aż butelka się skończyła, później była kolejna, a mój przewodnik znalazł się w stanie  w którym zaczął kontemplować działanie układów zero-jedynkowych, który w międzyczasie na jego życzenie mu przybliżyłem, jak się później dowiedziałem, całą noc nie spał, myśląc o tym. Nieważne. Dotarliśmy na miejsce, wejściówka kosztowała ok 12 dolarów, dostałem obowiązkowego przewodnika i ruszyliśmy w góry, przemieszczając się w górę rzeki. Marsz miał trwać ok. 1,5 godziny, ale obaj z Pepito (bo tak miał na imię przewodnik a zarazem mój imiennik) byliśmy w dobrej dyspozycji i  trasę pokonaliśmy w 40 min, była to fajna ścieżka przez dżunglę, bez żadnych trudności technicznych, ot zwykłe bieganie po dżungli. Powrót miał być pokonany korytem rzeki, z przedzieraniem się przez różnej maści naturalne wodospady, a było ich 27. Pierwszy raz robiłem coś takiego i bardzo mi się spodobało, było miło dla odmiany przenieść się z gorącej i wilgotnej dżungli do zimnej orzeźwiającej wody. Same wodospady były bardzo różnego rodzaju, od małych do kilkumetrowych. Największy wodospad miał 8 metrów, przy skoku nie było czasu na zastanawianie się, na marudzenie, nie można było pokonać trasy w dół inną drogą. Wyglądało to tak że Pepito skakał pierwszy, pokazując mi jak skoczyć i w które miejsce, później ja musiałem skakać za nim. Frajda niesamowita, trochę adrenaliny, polecam każdemu. Po powrocie do bazy, zauważyłem że gość z którym tu przyjechałem siedzi kompletnie pijany. Na szczęście wróciliśmy bez żadnego problemu. Okazało się że pije codziennie, tłumaczył że nie jest alkoholikiem i że pije tylko po to żeby się zrelaksować, poza tym kazał mi koniecznie odnaleźć Jezusa w moim życiu. Nietuzinkowa postać.

Z Cabarete udałem się na Haiti, o czym będzie później.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s