Wyciagniete z szuflady – UZBEKISTAN

Kiedyś postanowiłem że będę spisywał swoje wspomnienia z podróży. Jako że od tego czasu byłem w kilku miejscach, to trochę tych opisów w szufladzie leży. Oczywiście nie wszystkie nadają się do publikacji na blogu. Jednak te ciekawsze będę wrzucał, może kogoś zainteresuje, może kogoś rozśmieszy. Na pierwszy ogień idzie Uzbekistan, byłem tam w 2012 roku, od czasu napisania relacji z tej podróży minęło ponad dwa lata i teraz czytając poniższy tekst uświadomiłem sobie jak wiele rzeczy wyleciało mi z głowy, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu że warto pisać wspomnienia z podróży, bo za 40 lat nie będę pamiętał już nic.

Uzbekistan do tej pory kojarzył mi się z byłą republiką Związku radzieckiego, jako jeden z dzisiejszych „stanów”, obok Kazachstanu, Kirgistanu, czy Turkmenistanu, a po sprawdzeniu mapy. także sąsiad Afganistanu. Poza tym, moja wiedza na temat tego kraju ograniczała się do kilku haseł typu: Karimov, reżim, katastrofa ekologiczna morza Aralskiego. Ogólnie mówiąc, moje skojarzenia raczej nie były pozytywne, zresztą podobnie jak większości ludzi, bo nie jest zbyt popularny kierunek wakacji. Niemniej jednak postanowiłem skorzystać z promocji biletów rosyjskich linii lotniczych UtAir i w długi weekend majowy 2012 roku wybrałem się do Uzbekistanu. Cena do Taszkientu zacna, co prawda przez Brno i Moskwę, ale kto by się przejmował takimi detalami, przecież sama podróż jest najważniejsza a nie jej cel. Niestety polscy obywatele muszą posiadać wizę żeby wjechać do tego kraju, jednak nie miałem problemu z dostaniem wizy i po dwóch tygodniach miałem już wklejoną uzbecką wizę w paszporcie. Plecak, paszport i parę dolarów i w drogę. Tak wyposażony, wsiadłem do pociągu relacji Warszawa – Wiedeń. Około 5:00 rano dojechałem do Breclawia w Czechach, gdzie miałem przesiadkę na pociąg do Brna. Na miejsce dojechałem wczesnym rankiem. Lot miałem dopiero o 13:30, więc pozostały czas spędziłem na szwendaniu się po mieście, robieniu zdjęć i picie czeskiego, pysznego piwa. Zresztą, piwa zawsze im zazdrościłem, mimo że nie mamy powodów do narzekań, bo mamy bardzo dobre piwo, jednak marki czeskie są bardziej rozpoznawalne w świecie, dlatego też zawsze jak jestem w Czechach to korzystam z dobrodziejstw czeskiego piwowarstwa. Lot do Moskwy miły i przyjemny, mały 50-cio osobowy samolot, dobre żarcie, bardzo ładne stewardessy i dobre wino, Czego chcieć więcej:)

 

1
Tranzyt w Moskwie przebiegł bez większych problemów, szybka odprawa i oczekiwanie na lot do Taszkientu. W międzyczasie spotkałem dwóch Polaków którzy skorzystali z tej samej promocji i też lecieli do Republiki Uzbekistanu. Na międzynarodowym lotnisku w Taszkiencie wylądowaliśmy o godzinie 3:00 nad ranem, jednak zanim odebrałem bagaże i wypisałem wszystkie deklaracje była już piąta nad ranem. Zaraz po wyjściu z terminalu miałem udać się na terminal lotów krajowych, który był gdzieś niedaleko, tylko dokładnie nie wiedziałem gdzie. Po pomoc zwróciłem się do zawsze miłych i pomocnych taksówkarzy stojących przed terminalem. Jeden z przemiłych dżentelmenów uświadomił mnie, że terminal lotów krajowych jest oddalony o 6 km od terminala lotów międzynarodowych. Perspektywa porannego 6 kilometrowego spaceru z dwoma plecakami, w deszczu, nie była zbyt interesująca. Postanowiłem wziąć taksę, ustaliliśmy cenę na 6 dolarów, sympatyczny Uzbek ze szczerym uśmiechem na twarzy – kilka złotych zębów potęgowało efekt – wziął mój plecak i ruszyliśmy w drogę. Po około 10 minutach byliśmy na miejscu. Jak się okazało przewiózł mnie wokół lotniska i podjechał z drugiej strony terminala gdzie znajdował się terminal lotów krajowych, na oko jakieś 150 metrów od terminala lotów międzynarodowych. Tak oto na wejściu zostałem frajerem miesiącaJ Welcome to Uzbekistan! Jednak to nie był koniec przygód tego poranka. Wykminiłem sobie, że aby nie tracić czasu polecę do Urgenczu i będę wracał do Taszkientu odwiedzając najfajniejsze miejscówki. Lot do Urgenczu miałem o godzinie 7, czyli została mi trochę ponad godzina do lotu, przy próbie kupienia biletu dowiedziałem się od „sympatycznej” pani w kasie – ten sam szczery uśmiech – że biletów na lot o 7 nie ma, być może coś się znajdzie na lot o 13 i kazała czekać. Od razu scena skojarzyła mi się z Misiem, jak Ryszard Ochódzki z kilogramem podwawelskiej próbował kupić bilet na Okęciu. Niestety podwawelskiej nie miałem i uświadomiłem sobie że szanse na to że dziś stąd odlecę są bardzo nikłe, marnym pocieszeniem był fakt że w podobnej sytuacji byli także wspomniani wcześniej Polacy a także około 6 Czechów. Jednym słowem dupa blada. Nie czekając aż pani w kasie będzie miała lepszy humor i przychylniej spojrzy na pasażerów bez biletów, postanowiłem pojechać pociągiem, reszta postanowiła czekać. Przy próbie wyjścia z lotniska pomyliłem drzwi i wszedłem w strefę dla personelu gdzie mnie być nie powinno, stąd też interwencja kobiety z obsługi lotniska, która zaczęła wypytywać mnie co tu robię i grzecznie wyprosiła mnie do hali odpraw. Odpowiedziałem jej swoją historię i już miałem wychodzić, gdy Pani powiedziała mi żebym szedł za nią, podeszliśmy do kasy, po czym rozkazującym tonem kazała sprzedać mi bilet. Jak się okazało nie było najmniejszych problemów ze sprzedażą biletów, więc postanowiłem pomóc reszcie czekających pasażerów. Wspomniałem mojej wybawicielce, że jest więcej ludzi którzy mają ten sam problem co ja i być może da się coś zrobić. W ich przypadku także nie było problemów ze sprzedażą biletów, znalazły się w jednej chwili, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wspomniana wybawicielka, okazała się jakąś kierowniczką, nie wnikałem, grunt że ona miała władzę, a ja miałem bilet. Zresztą do dziś się zastanawiam dlaczego nie chcieli mi sprzedać tego biletu, być może uzbeckim liniom nie zależy na jak największym obłożeniu lotów, cholera wie.

Po pierwszych niemiłych doświadczeniach okazało się że jednak są tu ludzie mili i pomocni. Lot do Urgenchu był krótki i jak zwykle przyjemny, mimo tego że podróżowałem w towarzystwie niemieckiej wycieczki. Po wylądowaniu poczułem się jakbym znalazł się w innym świecie, poczułem się tak jakbym cofnął się w czasie o jakieś dwadzieścia lat i znowu znalazł się w małym zaniedbanym podlaskim miasteczku. Wszędzie wokół czuć atmosferę poprzedniego ustroju, skwar, beton, pomalowane na biało krawężniki, pomalowane do połowy na biało drzewa, stare zdezelowane samochody i ludzie noszący się bardziej w stylu bazarowym niż H&M.

Zgłodniałem, przyszedł czas na tradycyjne uzbeckie śniadanie, czyli „lepioszka”, zsiadłe mleko, warzywa i herbata.

 

2
Po śniadaniu pojechałem do Chiwy, jednego z głównych ośrodków handlowych Azji Srodkowej w VI – VII wieku. Szukając jakiegoś noclegu, trafiłem do guesthausu gdzie pracowała przesympatyczna dziewczyna o imieniu Medina, wynegocjowałem cenę w wysokości 7 dolarów za noc, a na koniec dostałem od Mediny tradycyjną figurkę na szczęście. Dowiedziałem się później od pewnej Rosjanki mieszkającej w tym samym miejscu, że ona za taki sam pokój płaci 15 dolarów. Hmm… I można? Oczywiście że można.

Jako że Chiwa, to nie jest duże miasto i słynie tylko i wyłącznie ze starego miasta, które jest wielkości prostokąta 1 km na 2 km, otoczonego murem, poznanie tego urokliwego miejsca nie zajęło mi długo.

 

3

Siedząc przy wieczornym piwku, spotkałem poznanych wcześniej Polaków. Paweł i Paweł bo tak mieli na imię, podobnie jak ja następnego dnia wybierali się do Bucharry. Dotarcie do Bucharry stanowiło nie lada wyzwanie, głownie dlatego że te dwa miasta dzieliło jakieś 400 kilometrów pustyni Kuzył-Kum. Były trzy opcje dotarcia do tego miasta leżącego na Jedwabnym Szlaku. Pierwsza możliwość dotarcia pociągiem nie wchodziła w grę ponieważ następny pociąg był za dwa dni, a tyle czasu nie miałem. Druga możliwość – przejazd autobusem, ze względu na 14 godzinny przejazd tym środkiem komunikacji, także go wykluczyliśmy. Pozostał trzeci sposób – taksówka, najszybciej i najwygodniej. Tutaj z pomocą przyszła Medina która ustaliła ze swoim znajomym, że zabierze nas tam za 80 dolarów, dzieląc to na trzech, nie wychodziło strasznie drogo, a podróż zajmowała tylko 8 godzin, poza tym Medina stwierdziła że będziemy jechać najlepszym autem w Uzbekistanie, czyli Daewoo Nexia. Tak więc dokończyliśmy piwko i umówiliśmy się następnego dnia o godzinie 12 u mnie przed hotelem. Chłopaki pojawili się punktualnie, czego nie mogę powiedzieć o naszym kierowcy. Po ok 20 minutach czekania, zapytałem czy nasza taksówka się pojawi. Medina nie wiedząc co odpowiedzieć, wyjęła telefon i zadzwoniła do swojego kolegi, który stwierdził że na razie nie może podjechać bo ściga go policja. WTF? Policja? Co jest? Po odczekaniu kolejnych 20 minut podjechała po hotel żółta Deawoo Nexia (dziwne że nie biała, auta w Uzbekistanie w większości są koloru białego) z dość zdenerwowanym kierowcą, który wyszedł i machając rękami wskazywał na wgniecioną klapkę od wlewu paliwa.

 

4

Best car in Uzbekistan… Deawoo Nexia:)

Jak później opowiadał, nie zatrzymał się do kontroli drogowej i przejeżdżając obok milicjanta ten kopnął mu we wlew paliwa wgniatając do tak że nie dało się go otworzyć, a później zaczął się pościg. Tak oto po obiecującym początku o 13 ruszyliśmy w drogę. Kierowca, dość pulchny, skośnooki Uzbek, w wieku około 30 lat kierowcą był dobrym i nieprzewidywalnym jednocześnie, jechał szybko, czasami otwierając drzwi i wypluwał przeżuty tytoń, niezależnie od prędkości. Droga rzeczywiście zajęła 8 godzin, z czego ponad połowa czyli ponad 200 kilometrów stanowiła nieutwardzona droga szutrowa. Oczywiście Uzbekom nie przeszkadza nazywać tego autostradą, tak więc dopóki mamy asfalt na drogach to nie ma co narzekać;) Oczywiście cały odcinek miał parametry drogi krajowej. Ku mojemu zdziwieniu spotkaliśmy ciężarówki na polskich tablicach rejestracyjnych, gdzie to Polacy się nie wybiorą.

5

Tak wyglądała droga z Chiwy do Bucharry… ruch lewo czy prawostronny?

 

Do Buchary dotarliśmy tuż przed 22:00, szybko zapłaciliśmy i poszliśmy szukać noclegu. Z tym miało nie być problemów, ponieważ jeszcze przed wyjazdem Medina poleciła mi pewien guesthouse w Bucharze, prowadzony przez jej kolegę Abdula. Dzień wcześniej zadzwoniłem do Abdula i zarezerwowałem miejsce na następny dzień. Niestety po dotarciu na miejsce Abdul powiedział że miejsc nie ma, ale poleci mi drugie miejsce prowadzone przez jego przyjaciela. Podejrzewam że Abdul miejsce miał, jednak chciał się podzielić klientami z przyjacielem, który dopiero startował z biznesem. W taki sposób trafiłem do domu Sultana Hadjiego, człowieka niezwykle wierzącego i fana zielonej herbaty. Przy zameldowaniu dowiedziałem się że jestem jednym z pierwszych gości, oprócz mnie była jeszcze jedna dziewczyna z Japonii. Z tą dwójką związana jest też dość ciekawa historia, mianowicie pewnego wieczoru po powrocie do domu Sultana Hadjego, na zegarze było około północy zastałem go modlącego się. Kiedy tylko mnie zobaczył zauważyłem że się ucieszył, jednocześnie zapytał czy nie widziałem dziewczyny z Japonii. Powiedziałem że nie i poradziłem żeby się nie martwił, bo widać że chłopina się martwił o przybyszkę z dalekiej Japonii. Po pierwszej wychodząc do ubikacji, właściciel cały czas się modlił, a japonki ani śladu. Przy śniadaniu dowiedziałem się że czekał on aż do powrotu swojego gościa, dopiero wtedy poszedł spać. Zadziwiające. Ciekawostką było to, że w swoim domu miał 300 letnie drzwi.

6

Sultan Hadji i jego 300-letnie drzwi

Następnego dnia wstałem o godzinie 5 rano żeby pójść na pobliski targ, żeby zrobić jakieś ciekawe zdjęcia. Po ustrzeleniu kilku ciekawych ujęć, postanowiłem pójść dalej w kierunku Medres, przy okazji ludzie na targu patrzyli na mnie jak na głupka, bo niby co ciekawego można fotografować na bazarze, ale nikt mi nic nie powiedział, pewnie pomyśleli że jestem jakimś świrem. Wracając do hotelu na śniadanie zauważyłem że ok 30 metrów od domu Sultana Hadjego jest pijalnia piwa, którą to odwiedziłem zaraz po śniadaniu. Co prawda Uzbekistan jest to kraj muzułmański, ale lata radzieckiej władzy na tych terenach zrobiły swoje i alkohol jest tu ogólnie dostępny. Po wejściu do pijalni zauważyłem wzrok wszystkich został skierowany na mnie, podobnie czułem się na Haiti, będąc jedynym białym w okolicy, widocznie turyści niezbyt często tu zaglądali. Zamówiłem duży kufel zimnego piwa i usiadłem przy pierwszym wolnym stoliku. Po wypiciu pierwszego łyka, już miałem towarzystwo które się do mnie przysiadło. Borys i Roman postanowili wziąć swoje piwo, suszoną rybę i się do mnie przysiąść. W Uzbekistanie ludzie są przemili, ale pierwszy raz spotkałem się z taką bezpośredniością. Borys człowiek liczący sobie 62 wiosny, jako młody chłopak służył z armii radzieckiej, był min na terenach dzisiejszej Białorusi nieopodal granicy z Polską. Od Romana zbyt wiele się nie dowiedziałem ponieważ, chwilę po dołączeniu do mojego stolika, zasnął. Ale z Borysem przegadaliśmy kilka piw, okazał się bardzo sympatycznym kompanem który nie bał się krytykować obecnej władzy, jednocześnie z utęsknieniem patrząc wstecz na rządy „sajuza”. Widząc że Borys słabnie w oczach, poza tym mi też już zaszumiało w głowie, postanowiłem pożegnać się i pójść zwiedzać miasto, Borys uznał to za dobry pomysł i stwierdził że też wraca do domu. Jak gdyby nigdy nic wsiadł na rower i pojechał. Twierdząc że u nich po pijaku rowerem można, tylko samochodem nie za bardzo.

7

Borys i jego rower

Szwędając się po mieście trafiłem do Uzbeckiej szkoły, była akurat przerwa więc wbiłem się do klasy. Chciałem nawet nauczyć dzieciaki trochę polskich słów, ale podobnie jak w Polsce, nauka nie jest priorytetem i dla dzieciaków najważniejsza jest zabawa.

8Krótka lekcja polskiego

Wieczorem spotkałem się z poznanymi wcześniej Polakami, poszliśmy do lokalnej knajpy spróbować miejscowego jedzenia, specjalnością knajpy były baranie szaszłyki. Siedząc przy stoliku, w pewnym momencie siedzący obok miejscowi, zapytali nas czy chcemy spróbować ich wódki, jako że niegrzecznie było odmówić, zgodziliśmy się;) Nasz nowo poznany kolega polał nam w filiżankę i dał do wypicia. Wypiliśmy to we trzech, oddając i dziękując za orzeźwiający napój. Po chwili Ci dwaj Uzbecy siedzieli już z nami przy stoliku z następną flaszką. Spożywając wódkę w tradycyjny rosyjski sposób, zagryzając szczypiorem. Z każdą kolejką stawaliśmy się coraz lepszymi przyjaciółmi, tylko ich żony które zostały przy swoim stoliku jakoś tak krzywo na nas patrzyłyJ Po obfitej kolacji popitej sowicie wódką udałem się na nocne robienie zdjęć, niestety bez statywu, po pijaku to sobie można. Z kilkudziesięciu zdjęć wyszły dwa.

 

9

Zaprzyjaźnieni Uzbecy

Kojelnym przystankiem w mojej podróży była Samarkanda. Tym razem jako środek transportu wybrałem pociąg. Bilet nie był drogi, więc wybrałem wygodniejszą wersję, tzw. „Kupielnyj” bilet, czyli wygodne siedzenie gdzie można podróżować w pozycji półleżącej. Co prawda nie spodziewałem się luksusów, ale zaraz po wejściu wygląd wagonu przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Skórzane fotele, mnóstwo miejsca na nogi, telewizory umocowane pod sufitem, jednym słowem na bogato. Rozsiadłem się w fotelu jak basza i zacząłem oglądać co leci na ciekłokrystalicznych wyświetlaczach. Niestety nie dane mi było rozkoszować się tym zbyt długo, leciał jakiś koncert muzyki regionalnej co dla normalnego europejczyka jest zbyt dużym wyzwaniem . Po 10 minutach miałem dość, poszedłem po piwo do wagonu restauracyjnego, na trzeźwo nie można było tego znieść. Na pierwszej stacji przysiadł się do mnie sympatyczny Uzbek, miał na imię Izrachim, który był 60 letnim artysta, malował, pisał wiersze i grał na kilku instrumentach, prawdziwy człowiek renesansu. Jechał do Taszkientu do syna. Jako że Uzbecy są niezwykle gościnni i rozmowni, po krótkiej wymianie zdań Izrachim wyjął jakieś zawiniątko z torby. Jak się okazało było to jedzenie, w głębokim talerzu miał ugotowane ziemniaki i pieczoną baraninę, do tego lepioszkę. Po rozpakowaniu wszystkiego podzielił mięso i lepioszkę na kawałki, po czym kazał mi się częstować, odmówiłem, niestety mój argument że nie jestem głodny na nic się zdał. Lekko urażony moją odmową Izrachim, powiedział tylko że mył ręce i nie mam się czego bać, po czym ponownie zachęcił do spożycia. Nie miałem wyboru, zjedliśmy wspólnie jego posiłek, który okazał się bardzo pyszny, bo po piwie zgłodniałem.

10

Obiad Izrachima

Po raz kolejny Uzbecy utwierdzili mnie w przekonaniu że jako naród są bardzo mili, uczynni i przyjacielscy, co później jeszcze nie raz potwierdzili. Po dotarciu do Samarkandy, znalazłem nocleg i ruszyłem zwiedzać miasto. Samarkanda słynie z trzech pięknych Medres, które są jednymi z najpiękniejszych na całym Jedwabnym Szlaku, co przyciąga tłumy turystów. Fakt ten skrzętnie wykorzystuje miejscowa milicja, min. wpuszczając ludzi na zamknięty minaret za drobną łapówkę, opłaty bywają bardzo różne, zależą od tego na ile turysta da się wydoić. Ja zapłaciłem kilka dolarów i wszedłem zrobić kilka zdjęć.

11Milicjant z Samarkandy

Jako że kończyły mi się uzbeckie Sumy – ichniejsza waluta – postanowiłem wymienić trochę dolarów. Co ciekawe w Uzbekistanie pieniądze wszyscy wymieniają poza bankami, ponieważ kurs u cinkciarzy jest ok. 30% lepszy. A więc w celu wymiany waluty udałem się na pobliski bazar, gdzie bez problemu wymieniłem 100 dolarów, otrzymując w zamian dość pokaźnych rozmiarów plik pieniędzy, który nie jest do przeliczenia na miejscu, dzięki temu cinkciarz oszukał mnie na 5 dolarów.

12

Po lewej 100 $, po prawej równowartość w Sumach

Spacerując po mieście byłem uczestnikiem dość dziwnej sytuacji, mianowicie idąc przez miasto, przy okazji oglądając zdjęcia w aparacie, zauważyłem że zrównał się ze mną krokiem pewien Uzbek, na oko ok. czterdziestki. W pierwszej chwili pomyślałem że chcę ukraść mi aparat lub cokolwiek innego – wiadomo jak jest. Ten jednak – co było dla mnie ogromnym zdziwieniem – tylko uścisnął mi dłoń i poszedł w swoim kierunku. W Samarkandzie wpędziłem dwa dni, a wyjeżdżając z tego miasta byłem przekonany że jest to najładniejsze miasto w Uzbekistanie.

 

13

Samarkanda

 

Następnym, a zarazem ostatnim przystankiem mojej podróży był Taszkient, czyli miasto gdzie moja podróż po Uzbekistanie się zaczęła. Krąg się zamknął. Dotarłem tam pociągiem, mając nie lada problemy z zakupieniem biletu. Po dotarciu na dworzec, zastałem kolejki przy kasach, mnóstwo ludzi z czarnymi foliowymi woreczkami po brzegi wypełnionym pieniędzmi, każdy płacił gotówką. Jeden facet przede mną postanowił zapłacić kartą, widocznie jakiś burżuj. Aby zapłacić kartą, podał ją kasjerowi, ten włożył ją do terminala i zapytał klienta o PIN, ten bez wahania mu go podał, tak że wszyscy wokół słyszeli, ale chyba tylko ja byłem zdziwiony. Po odczekaniu swojego, w końcu i mi udało się zakupić bilet. Do Taszkientu dotarłem o godzinie 22. Postanowiłem udać się do hotelu robotniczego który był polecany przez Lonley Planet, że niby tanio i w miarę schludnie. Szybko do metra, jednej z trzech linii i do hotelu. Zanim jednak dostałem się na peron, zostałem zatrzymany przy bramkach przez milicję w celu przeszukania plecaków, na wstępie padło pytanie czy mam spirytus? Może obawiali się spirytusowego ataku terrorystycznego? Nie wiem. Kiedy milicja stwierdziła że w plecakach nic ciekawego w nich nie mam, postanowili mnie puścić. Do hotelu dotarłem 30 minut później, budynek wyglądał jak speluna, zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz, stary radziecki betonowy klocek. Na wejściu zostałem serdecznie przywitany przez panią recepcjonistkę słowami: „A ty tu czego?”. Wyjaśniłem że szukam noclegu, na co recepcjonistka odparła że pokoje wolne owszem są, ale musze zapłacić w sumach bo dolarów nie przyjmuje. Niestety przy sobie nie miałem ani jednego suma, na co niewzruszona recepcjonistka stwierdziła, że to nie jest jej problem. I tak o 22:30 wyruszyłem w miasto szukać miejsca do spania. Na szczęście pomógł mi pewien Afgańczyk który szedł do drugiej pracy, w dzień pracował na budowie, a nocami dorabiał jako stróż pilnując marketu. Po ok. pół godzinie marszu znalazłem sympatyczny hostel, w którym w końcu się wyspałem. Sam Taszkient nie jest zbyt ciekawym miejscem do zwiedzania, typowo sowieckie miasto które lata swojej świetności ma już dawno za sobą, generalnie jeden dzień w zupełności wystarczy na poznanie tego miasta. Przechadzając się po lokalnym targu zostałem zaczepiony przez pewnego człowieka, zadziwiające jest to z jaką łatwością nawiązują kontakt z innymi ludźmi. Po prostu podchodzą i zaczynają rozmawiać. Zaczął rozmowę od standardowego zestawu pytań, czyli: skąd jesteś? Ile masz lat? Masz żonę? Po ile u was mięso? Mówię tutaj zupełnie serio, ten zestaw pytań powtarzał się bez przerwy.

 

14

Renat

Człowiek ów miał na imię Renat, z pochodzenia był Rosjaninem ale całe życie mieszkał w Taszkiencie. Kiedy dowiedział się że jestem z Polski, opowiedział mi że na początku lat dziewięćdziesiątych jeździł do Polski handlować różnymi rzeczami. Zazwyczaj to był bazar przy ul. Banacha w Warszawie, na wieść o tym że codziennie tamtędy przejeżdżam do pracy, Renat zapytał mnie czy znam takiego grubego Ryśka z bazaru. Niestety nie znałem;) Przegadałem z nim dobre pół godziny, opowiedział mi historię swojego życia, wypytał mnie różne rzeczy, co nigdzie indziej mi się nie zdarzyło.

Jednym z tradycyjnych uzbeckich poyraw jest Plov, czyli konina z ryżem i warzywami. Podobno Plov można zjeść za darmo, wystarczy wybrać się na uzbeckie wesele. Wystarczy poprosić taksówkarza aby zawiózł nas na tradycyjne wesele i po prostu wejść i poprosić i Plov, tradycja nakazuje ugościć przybysza i podobno jest to praktykowane.

Nieubłaganie zbliżała się godzina mojego wylotu, ruszyłem na lotnisko. Na przystanku spotkałem grupkę Czechów, którzy raczyli się domowej roboty wiśniówką, którą nie omieszkali mnie poczęstować, jak to czeski trunek, mocny i dobry:)

W taki oto sposób zakończyła się moja podróż po Uzbekistanie. Powrót przez Moskwę nie obył się bez problemów. Nawet jak nie ma żadnych problemów, to Rosjanie jakiś znajdą. Po zabraniu wszystkich paszportów lecącym tranzytem do Brna, ślad po nich zaginął. Dopiero po kilku interwencjach na dwadzieścia minut przed lotem odzyskaliśmy swoje paszporty, przez co trzeba było biec przez pół lotniska żeby zdążyć na lot. W Brnie jeszcze tylko dobre czeskie piwo i powrót pociągiem do Warszawy.

 

15

Nie ma to jak zimny Pilsner

Uzbekistan będę głównie pamiętał ze względu na przepiękne zabytki miast leżących na jedwabnym szlaku i niezwykłych ludzi. Ludzi bardzo miłych, serdecznych, przyjacielskich, którzy zawsze chętnie rozmawiają, jak trzeba podzielą się jedzeniem, a jak trzeba to podzielą się wódką. Ludzi z sercem na dłoni, mimo że sami maja niewiele to chętnie się dzielą z obcymi. Kiedyś słyszałem historię o pewnym gospodarzu który zabił ostatnią kurę, po to aby ugościć nieznanego przybysza z Polski. Na każdym kroku da się odczuć wschodnią gościnność, co u nas w Polsce zanika.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s