Central America Trip 2014 – cz. 6 – Honduras

Jestem już po drugiej stronie granicy. Na pierwszy rzut oka Honduras niczym się nie różni od Salwadoru. Tacy sami ludzie, taka sama architektura, ten sam urokliwy sposób podróżowania. Kowboje na koniach, koniecznie w białych kapeluszach. Jadę w kierunku Copan, gdzie znajdują się ruiny miasta Majów. Podroż z San Salwador zajmuje mi cały dzień i po czterech przesiadkach, około 6 wieczorem docieram do Copan. Miasteczko jest bardzo urokliwe, dosłownie kilka uliczek z małym placem w centrum, przy którym jest kościół, kilka sklepów i hotelików. Nie ma zbyt wielu lamp ulicznych, dzięki czemu po zmroku tworzy się półmrok, co tworzy niepowtarzalny klimat tajemniczości. Jednocześnie można odnieść wrażenie podróży w przeszłość. Jest w tym coś magicznego.
Kręcąc się po głównym placu, zauważyłem ze w pobliskim kościele odprawia się msza. Nie zastanawiając się długo wszedłem do środka. Załapałem się na końcówkę, z tego co widziałem, obrządek jest taki sam, tylko po hiszpańsku, co nie jest zaskoczeniem;). Natomiast po zakończeniu, było coś czego w polskim kościele nie widziałem, mianowicie wybory miss;) Na początku ksiądz przywołał do siebie wszystkie urodziwe niewiasty z parafii i zaczęło się głosowanie. Każda z pań przedstawiała się, a ludzie brawami oceniali czy kandydatka się podoba, czy nie. Moja faworytka miała na imię Ana Lucia (sądząc po brawach, nie była to tylko moja faworytka;) była naprawdę śliczna. Typ Salmy Hayek, tylko ładniejsza. Dostała się do finału, gdzie została pokonana przez konkurentkę która miała więcej znajomych, bo konkurentka urodą nie grzeszyła. Jak widać, znajomości są ważne, zawsze i wszędzie.
Na koniec ksiądz przy głównych drzwiach sklejał ze wszystkimi piątki. Sympatyczne to było, nie powiem. Szkoda ze u nas się tego nie praktykuje. Wychodzisz z kościoła i cyk, żółwik z proboszczem;)
DSC_2163 DSC_2167
Do Copan przyjechałem, nie ze względu na wybory miss parafii. Tylko ze względu na pobliskie ruiny Majów. Podobno mieszkali już tutaj w pierwszym wieku przed nasza era. Zasiedzieli sie tutaj przez dwa tysiące lat. A później odeszli. Prawdopodobnie dlatego ze było ich zbyt dużo i ziemia nie była zdolna wyżywić wszystkich. Tak chyba gdzieś przeczytałem, ale nie pamiętam gdzie.
DSC_2316
Nareszcie spotkałem Polaków, byli to pierwsi rodacy spotkani w Ameryce Centralnej, co świadczy o tym ze ten kierunek nie jest zbyt popularny wśród ludzi znad Wisły. Jednak Egipt  jest na pierwszym miejscu;) Wracając do moich rodaczek, muszę o nich wspomnieć bo zrobiły na mnie naprawdę duże wrażenie. Zacznę od tego ze były to matka z córka, co już stanowi rzecz niezwykła. Obie urodziwe (w końcu Słowianki), obie inteligentne, widać ze niedaleko jabłko spadło od jabłoni. Jednak nie to je wyróżnia. Wyróżnia je wspólne podróżowanie. Ilość odwiedzonych razem krajów robi wrażenie i budzi pełen szacun. Treking w Himalajach, Wenezuela, Birma czy Indie? Jak najbardziej tak, dlatego piona za to i szacunek. Oby więcej takich ludzi, bo ciągle przebywanie z Amerykanami, Kanadyjczykami, Anglikami czy Niemcami, powoli się nudzi. Stad potrzeba spotkania rodaka na podróżniczym szlaku;)
Dość o Copan, zawitałem do San Pedro Sula. Miasto słynie z tego ze jest tu najwięcej morderstw w skali roku. Według time.com, w 2011 roku zginęły tutaj 1 143 osoby, co daje średnio 3,1 osoby dziennie. Muszę przyznać, wynik budzi respekt. Wszystko przez gangi narkotykowe walczące o prymat w mieście. Juz przy wjeździe na dworzec autobusowy dostrzegam kilku ochroniarzy z shotgunami. Jest to tak powrzchny widok ze, nikogo to nie dziwi. Cos jak u nas zgred z prytą na winklu. Tak sobie rozkminiam ze , różnica pomiędzy polskim a honduraskim ochroniarzem jest taka że, polski ochroniarz jest wyposażony w walkie talkie, a honduraski w broń, jak nie shotgun to kopyto za pasem. Przy wejściu do autobusu przeszukanie plecaka i „macanko”. Każdy jest traktowany jak potencjalny bandyta. Widzę tu analogie do polskich kibiców piłkarskich. Wejście na mecz ligowy wyglada identycznie. Różnica jest taka ze, obawy w Hondurasie sa uzasadnione, a w Polsce nie. Świadczą o tym statystyki. W San Pedro Sula nie ma nic ciekawego, dlatego traktuje to jako miejsce na krótki przystanek.
DSC_1808
Cóż pozostaje mi opuścić to miasto zbrodni i jechać tam gdzie czas płynie wolno i nie trzeba się o nic martwić. Płynę na wyspę Utila (nie mylić z Utopią), płynę nowoczesnym katamaranem na którym nawet nie czuć ze jest się na morzu. No dobra, trochę przekoloryzowałem, zgadza się tylko to że był to katamaran;) Ani on nie był nowy, ani podroż nie była komfortowa. Ludzie rzygali jak koty. Cóż, na chorobę morska nie ma mocnych. Mnie na szczęście ominęło wspólne wymiotowanie do kosza na śmieci. Utila, jest to wyspa która znajduje sie obok bardzo popularnej wśród zachodnich turystów, Roatan. Jest to raj dla płetwonurków. Przepiękne rafy, widoczność na 20 metrów, czego chcieć więcej? O klimacie tej wyspy niech świadczy poniższy filmik.

Zapisałem się do szkoły, na kurs nurkowania. Kto wie, może kiedyś na podlaskiej wsi, taki certyfikat mi się przyda;)
Konkretnie zapisałem się na  Open Water Course w Utila Dive Center, certyfikowanego przez PADI, czyli międzynarodowy  organ wydający certyfikaty potwierdzające posiadanie odpowiednich umiejętności i ukończenie kursu. Taki  papierek pozwala na nurkowanie bez instruktora, do 18 metrów i jest honorowany na całym świecie. Doświadczeni nurkowie schodzą na 30 metrów, deep diverzy po specjalnym kursie do 40 metrów. Ale to już wyższa szkoła jazdy. Jest jeszcze free diving, ale to już kompletny kosmos, nurkowanie na powiedzmy na 18 metrów, z tym ze bez butli, tak jak powiedziałem – kosmos.
DSC_2740DSC_2736
Wracając do mojego kursu, trafiłem do grupy z Kanadyjczykami, Emily, Tom, Jeffrey i Tannerem, niezła paka, każdy w podróży od kilku miesięcy, wszyscy maja swoją fazę i jadą bez konkretnego planu przed siebie, indywidualiści, typowi włóczykije, przyjechali na Utile żeby nauczyć się nurkować. Naszym instruktorem została Brytyjka, o imieniu Frankie. Dziewczyna doskonale nadaje się do tej roli, zaraża swoim entuzjazmem, doświadczony nurek, zawsze chętny do pomocy no i cały czas uśmiech na twarzy. W sumie nie dziwie się jej, robi to co kocha, w miejscu który można śmiało nazwać małym rajem. Cały kurs można podzielić na dwie części, teoretyczna i praktyczna. Cześć praktyczna zawiera się w książce Open Water Dving Course, jakieś 250 stron, piec rozdziałów, każdy zakończony sprawdzianem. A wszystko zakończone egzaminem. Brzmi może strasznie, ale tak nie jest. Najważniejsze rzeczy są pokazywane na DVD i tłumaczone przez instruktorów, to w zupełności wystarczy do zaliczenia testów i egzaminu. Sam egzamin to 50 pytań, do zaliczenia potrzeba 75%. Teoria swoją droga, przejdźmy do praktyki. No i tutaj jest już dużo ciekawiej. Na początku zapoznanie ze sprzętem, płetwy, maska, butla z tlenem, regulatory, pas z obciążeniem, Bcd, standard, każdy wie mniej więcej jak to wygląda. Zakładamy i zdejmujemy cały sprzęt kilkakrotnie, tak żeby każdy wiedział co jest do czego. Tak przygotowani schodzimy pierwszy raz pod wodę, na początek na 2,5 metra. Bardzo dziwnie jest na początku przyzwyczaić się do oddychania pod woda, nie jest to naturalne środowisko człowieka i trochę mi zajmuje żeby się poczuć swobodnie. Pod woda ćwiczymy rożne skilsy, a wiec: zdejmowanie i zakładanie maski pod woda, jak pozbyć się z niej wody będąc po woda. Następnie, wyjmowanie i wkładanie regulatora z tlenem, oddychanie przez regulator ziomka z którym nurkujesz, uczymy się porozumiewać pod woda, zanurzanie, wynurzanie, poruszanie się, przyjmowanie pozycji. Uczymy się jak wyrównywać ciśnienie przy zanurzaniu, jak oddychać. Jednym z elementów treningu jest, zdjęcie kamizelki z butla i ponowne jej założenie, wszystko pod woda. Trzeba tez zdjąć pas z obciążeniem i ponownie założyć, oczywiście tez pod woda. Wszystkie elementy powtarzanie aż się nauczymy. Drugie nurkowanie jest już na 6 metrach i ponownie ćwiczymy skilsy, analogicznie do pierwszego nurkowania. Dopiero trzecie zejście pod wodę jest tym właściwym. Zanurzamy się na 12 metrów, nurkujemy na rafie i tu zaczyna się prawdziwa frajda. Przy okazji są powtarzane wybrane ćwiczenia, ale można już swobodnie nurkować podziwiając całe piękno rafy. Przypomniał mi się kawał, jak to Amerykanin, Rosjanin i Polak podziwiali wodospad Wiktorii. Amerykanin widząc ogrom i piękno wodospadu mówi zachwycony „what a wonderful view”. Rosjanin stoi obok i mówi: „Kakij krasiwyj wid”. A Polak stoi i mówi: ” O kurwa”. Moja pierwsza reakcja na widok rafy była podobna. Jest to coś niesamowitego, zupełnie inny świat. Świat bardzo barwny, gdzie jest niezliczona ilość stworzeń morskich. Do tej pory mogłem to podziwiać na filmach dokumentalnych, czytanych przez Krystynę Czubówną, a teraz mogłem zobaczyć to na własne oczy. Coś pięknego. Warto było się pomęczyć żeby to zobaczyć. Były jeszcze trzy nurkowania, z czego dwa ostatnie to całkowity fun dive, wiec czysta przyjmność.
Bardzo zachęcam do spróbowania, jest przy tym wiele frajdy, można poznać fajnych ludzi i miło spędzić czas. Nurkować może każdy, o ile nie ma medycznych przeciwwskazań. Wiek tez nie ma znaczenia, w naszej szkole był Kyle który miał 13 lat, byli tez Kevin z żona, oboje po 70-ce (robili kurs dla zaawansowanych, nocne nurkowania itp;) Szacun, trzeba mieć jaja żeby w tym wieku nurkować nocą.
Sama wyspa jest jak z książek Jacka Londona. Mała wysepka na morzu karaibskim, o wielkości 10 km na 5 km, Otoczona lazurowymi wodami morza karaibskiego, sporo fajnych miejscówek, mini kino, kilka fajnych barów.
DSC_2702DSC_2708DSC_2660
Wszystko to w jednym miasteczku, reszta to las i plaże. Wszystko kręci się tu wokół szkół nurkowania, których jest kilka. Samochody można policzyć na palcach jednej ręki, ludzie poruszają się na skuterach, quadach, meleksach, albo rowerach. Cały czas są uśmiechnięci, są życzliwi wobec siebie. W sumie im sie nie dziwie, warunki sprzyjają.
Poznałem miejscowego rybaka o imieniu Cleveland, który dłubał Canu dla wnuczki. Niestety nie chciał sprzedać;) W ogóle poznałem dużo ludzi i jak zawsze idę do szkoły to co i raz kogoś spotykam. Dziwne to bo np. po roku mieszkania w Londynie, znam może dwóch sąsiadów, choć, powiedzieć znam to i tak zbyt duże słowo.
W szkole ludzie byli bardzo różni, ale zawsze bardzo ciekawi, nie licząc plastikowych lalek, które całymi dniami się lansowały;) Zakumplowałem się z jednym Żydem z Gwatemali który był lekarzem, niezły aparat. Albo bananowy dzieciak z Brazylii który był chyba wszędzie na świecie, no i nie posiadał zmysłu powonienia;) Ot ciekawe towarzystwo, każdy miał swoją rozkminkę co tylko sprawiało ze rozmowy były ciekawsze;)
Zasiedziałem się trochę i potwierdza się to ze, nie chce się tej wyspy opuszczać. Niestety moja podroż powoli dobiega końca i muszę wracać.
Przez to ze byłem tu tak długo, nie mam czasu zobaczyć Gwatemali, o Belize już nawet nie wspominam. Jest powód żeby tu wrócić;) Jadę prosto do Guatemala City skąd mam lot powrotny. W autobusie spotkałem parę Gwatemalczyków, którzy po dojechaniu na miejsce zaproponowali ze podrzuca mnie na lotnisko, miło z ich strony. Tak się kończy moja przygoda w Ameryce Centralnej. Ehh chciałoby się zostać dłużej.
Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Central America Trip 2014 – cz. 6 – Honduras

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s